Jesteś tu: Strona główna Reportaż Artykuł

Opolscy tenisiści. Krew, łzy i kasa na korcie

Dodano: 13 listopada 2012, 7:30 Autor:

Max Steinberger pierwszy swój turniej przegrał, zszedł z kortu pokonany i zakrwawiony. Taka klęska się już nie powtórzyła.

Max Steinberger pierwszy swój turniej przegrał, zszedł z kortu pokonany i zakrwawiony. Taka klęska się już nie powtórzyła. (fot. Paweł Stauffer)

Nie brakuje zdolnych tenisistów - choć bywa, że uciekają oni z regionu, decydując się nawet codziennie dojeżdżać na treningi do innych województw. Powód? Jak zwykle - brak kasy. A bywa, że i brak klimatu.

Max Steinberger miał kolana całe we krwi, gdy schodził z kortu po swoim pierwszym turniejowym meczu - tyle razy upadał, usiłując sięgnąć piłki. Przegrał, był na ostatnim miejscu w turnieju.

Po tej przegranej trenował jeszcze bardziej zawzięcie. W kolejnym meczu rozwalił swego przeciwnika, który - gdy pojął z kim przegrał - z bezsilnej złości zaczął uderzać rakietą w co popadnie, aż tę rakietę połamał.

Max trenował bowiem od trzech miesięcy, a on od trzech lat.
- Przegraną pamiętam jak przez mgłę - mówi Max, a potem skromnie dodaje: - A po wygranej było ogromne zadowolenie.

- Pierwszy raz wziąłem Maxa na korty ponad trzy lata temu - wspomina jego trener, a zarazem opiekun, Mirosław Godniak. - Prowadziłem półkolonie tenisowe.

Nastolatek to emeryt

Maks miał 13 lat. Sięgnął po rakietę i zaczął odbijać piłki od ściany, serwować, grać. Można powiedzieć, że pierwsze kroki stawiał jako prawie emeryt, bo dziś treningi tenisowe zaczyna się w wieku nawet 4 lat. 6-7 lat - to już ostatni dzwonek, by zacząć grać - jeśli myśli się o sportowych osiągnięciach.

- W ciągu dwóch lat dogonił swych rówieśników, którzy trenowali trzy lata dłużej - mówi Mirosław Godniak.

Max wspina się w rankingach, w zestawieniu Polskiego Związku Tenisowego, w kategorii kadetów, szybko awansował z pozycji 180. na 32. Obecnie jest na 84. pozycji w kategorii do lat 18. W tym sezonie wygrał 6 ogólnokrajowych turniejów tenisowych. Sportowi podporządkował całe życie. Mieszka w Kluczborku, ale codziennie dojeżdża do Zawady pod Opolem, gdzie trenuje. Uczy się korespondencyjnie w liceum w Sopockiej Akademii Tenisowej - to pierwsza szkoła w Polsce stworzona z myślą o wybijających się tenisistach. Ponieważ uczniowie spędzają całe dnie na kortach, uczą się, korzystając z internetowych platform edukacyjnych. Do Sopotu jeżdżą na okresowe egzaminy. Max zwykle przywozi z nich piątki.

Między 10.00 a 20.00 można go spotkać na kortach, siedem dni w tygodniu.
- Uczę się w przerwach podczas treningu. Biorę z sobą wszelkie materiały i każdy wolny kwadrans poświęcam na naukę. Tak trzeba - mówi chłopak.

- Jest jednym z lepszych na Opolszczyźnie tenisistów, no i ma poukładane w głowie - przyznają znawcy tego sportu, obserwując jego treningi.

Tyle że talent, ciężka praca, krew i pot wylane na korcie - nie wystarczają.

Tato, mamo - daj kasę

- Miesięcznie wszelkie wydatki związane z trenowaniem chłopaka, sparingami, wyjazdami na turnieje, szkolenia oceniam na 12-15 tysięcy - mówi Mirosław Godniak. - Oczywiście, że mnie nie stać. Na szczęście wspierają nas sponsorzy.

Kiedy Max zacznie zarabiać na swym talencie i ciężkiej pracy? Wedle trenera - nie wcześniej niż za 5-6 lat. Jeśli utrzyma dotychczasowe tempo pięcia się w tabelach, to wyląduje w pierwszej dwusetce rankingów światowych. Do tego czasu każda wygrana jest ważna, bo wpływa na budowanie pozycji w rankingach, ale nie przynosi nagród finansowych. Zawodnik musi się zadowolić kompletem piłek w nagrodę lub kilkudniowym szkoleniem czy pobytem w ośrodku SPA.

Stosunkowo tanie są tylko początki - koszt szkolenia malucha w szkółce - to od 100 do 500 zł miesięcznie. Im wyższy poziom szkolenia, tym jego wyższe koszty. Opłaty za korty rosną wielokrotnie, bo treningi odbywają się już nie raz na tydzień, a po kilka godzin, nawet codziennie. Trzeba więcej płacić za coraz lepszych, a więc i droższych trenerów. Kosztują też mecze sparingowe, odnawiany sprzęt, wyjazdy nie tylko na turnieje, ale i na zagraniczne szkoły tenisowe prowadzone przez doświadczonych trenerów. Bez tego nie ma postępu.

Jarosław Wojtuś, jeden z lepszych trenerów tenisa w regionie, pytany o to, ilu miał szczególnie utalentowanych podopiecznych odpowiada: - Wielu, ale cóż z tego?
Mówi tak, bo największe talenty przepadają bez wsparcia finansowego. W Polsce to rodzice finansują nawet tych najbardziej uzdolnionych (a więc zasługujących - wydawałoby się - na mecenat państwa) młodych sportowców. Serce się kraje, ale w końcu rodzicielskie opróżnione portfele są zamykane. I po karierze małolata.

- Wśród moich podopiecznych mam dwóch chłopców, którzy rokują bardzo dobrze na przyszłość. Mieszkają pod Wieluniem, rodzice wybudowali im kort i halę tenisową, opłacają mnie jako trenera. Stać ich na to, ale takich jest w Polsce kilku, może kilkunastu - mówi Wojtuś.

Raz na kilkadziesiąt lat

Skąd brać nowe Radwańskie czy kolejnych Janowiczów, skoro wybierać można tylko w bardzo wąskim i elitarnym gronie nie tyle najzdolniejszych, ile najbogatszych młodych tenisistów? Między czasem słynnej polskiej tenisistki Jadwigi Jędrzejowskiej a czasem Agnieszki Radwańskiej (obie finalistki Wimbledonu, jedna z 1939 roku, druga - z 2012) - minęła epoka. Między Fibakiem a Janowiczem - podobnie.

- Jeśli nic się nie zmieni w sposobie finansowania szkolenia młodych tenisistów, to tak będzie dalej - podsumowuje Jarosław Wojtuś. - Dlatego na kolejne Radwańskie czy kolejnych Janowiczów poczekamy dziesięć lat, może dłużej.

Firmom opłaca się sponsorować sporty zespołowe, a nie indywidualne, które na dodatek w TV pokazywane są od wielkiego święta, przy okazji spektakularnych sukcesów, jakimi polski tenis może się przecież poszczycić raz na kilka, kilkanaście lat. A przecież w sponsorowaniu chodzi o to, aby był efekt w postaci częstego sprzedawania logo sponsora. Nie ma sukcesów, nie ma okazji do sprzedania logo.

- W tenisie potrzebni są sponsorzy skłonni do ryzykowania. Tacy, którzy zechcą postawić na utalentowanego młodego sportowca, będą wspierać jego rozwój - mówi Krystyna Giecewicz, mama Kai Chmielowskiej, utalentowanej tenisistki z Kędzierzyna-Koźla. Rok temu Kaja była trzecia w Polsce w kategorii wiekowej do lat 10 (tzw. krasnali i krasnalek).

Gdzie ten klimat?

Aby dziecko osiągnęło sukces, rodzice całkowicie muszą podporządkować swoje życie dzieciom. Treningi, sparingi i turnieje w każdą sobotę i niedzielę.

Słowo weekend jest dla mnie praktycznie nieznane, nie wspomnę o spotkaniach towarzyskich - mówi pani Krystyna.

Kaja wraz z siostrą Nadią przewagę nad innymi zawodniczkami, dlatego że są dwie. Nie są uzależnione od sparingpartnerów. Ten luksus miały również siostry Radwańskie czy siostry Williams.

Niestety, od trzech tygodni świetnie rokująca zawodniczka, a także jej siostra przeniosły się z Kędzierzyńskiego Klubu Tenisowego na Śląsk. Powód? Jak wyjaśnia pani Krystyna - tam jest taniej i panuje dla sportu tenisowego lepszy klimat.

- Aby w tym sporcie osiągnąć sukces, trzeba trenować nie tylko tenis, ważne są treningi ogólnorozwojowe, polecane jest pływanie - mówi mama kędzierzyńskich tenisistek. - Bardzo chcieliśmy zarówno Kaję, jak i Nadię uczyć pływania pod okiem trenera na kędzierzyńskiej pływalni. Zgłosiłam się do władz miasta z prośbą o wsparcie tych treningów. Nie otrzymałam go, ponoć budżetu miasta nie było stać na wsparcie moich córek.

Teraz Kaja z Nadią dojeżdżają co najmniej trzy razy w tygodniu na wielogodzinne treningi w Gliwicach - płacą tam mniej za wynajem hali, a nowej trenerce - na razie - nie płacą nic za szkolenie.

- Trenerka poświęca się i angażuje dla naszych córek bez reszty - podkreśla pani Krystyna. - To też nie jest bez znaczenia. Dziewczynki chodzą na basen w Kędzierzynie, ale na wynajęcie trenera pływania już nas nie stać. Zresztą znaczną część wydatków na sport dziewczynek pokrywają dziadkowie czy chrzestni.

Tato Jerzego Janowicza - gdy jego syn wygrywał kolejne mecze w Paryżu - przyznał, że swego czasu na szkolenie "Jerzyka” poświęcił część pieniędzy uzyskanych ze sprzedaży sklepów, jakich był razem z żoną właścicielem. Podobnie dziadek sióstr Radwańskich - dla sfinansowania szkolenia młodych tenisistek - sprzedał cenne obrazy.

Mama Kai z Kędzierzyna mówi: - Kochający rodzice czy krewni nie mogą spokojnie patrzeć jak - z powodu braku pieniędzy - zaprzepaszczany jest talent i wysiłek poprzednich lat. Mam dwa mieszkania, jeśli trzeba będzie, to je sprzedam, byle córki mogły dalej trenować i cieszyć się, że ich ciężka praca nie idzie na marne.

Młodzi tenisiści pracują ciężko, niczym niejeden dorosły zawodowy sportowiec. Siostry Chmielowskie wstają przed szóstą rano. Gdy jedna je śniadanie, druga wchodzi na rowerek stacjonarny i trenuje kilkanaście minut. Potem jest zmiana. Następnie ćwiczenia i przebieżka na świeżym powietrzu. Potem - szkoła, ale nie codziennie, ponieważ dziewczynki mają indywidualny tok nauczania, po to, aby móc w ciągu dnia korzystać z kortów. - Przed południem koszt wynajęcia kortów jest niższy - przypomina mama.
Wieczorem jest basen. I jeszcze - jak siły pozwolą - nauka.

Na barkach dzieci

- Szkolenie córki w tenisowym ośrodku w Miami w Stanach Zjednoczonych, gdzie m.in. trenowały siostry Williams, kosztowało mnie tysiąc dolarów w tygodniu - mówi Andrzej Bandurowski, prezes Kędzierzyńskiego Klubu Tenisowego, właściciel nowoczesnego kompleksu kortów tenisowych w tym mieście i promotor tenisa w regionie.

Jego córka Patrycja była jedną z lepiej zapowiadających się tenisistek w kraju. W wieku 11 lat dostała się do krajowej ścisłej czołówki tenisa. W wieku lat 14 - była w światowej pierwszej trzydziestce (w kategorii do lat 18). Szkoliła się za granicą - w Szwecji oraz w elitarnej szkole tenisowej w Miami. Karierę przerwała kontuzja kolana i seria operacji. Szkoda - bo akurat ona nie musiała się martwić o zaplecze finansowe, więc mogła w tym sporcie sięgnąć jeszcze wyżej.

- Gdy miałam 11 lat, sama płynęłam promem do Szwecji na szkolenie - wspomina dziś Patrycja. - Na ubraniu miałam plakietkę, że jestem sama i w razie czego proszę o pomoc, przyczepiły mi ją stewardesy. Ta samotna podróż nie była dla mnie problemem, bo wiedziałam, że służy temu, bym była jeszcze lepsza.

Patrycja podkreśla, że uprawiające sport dzieci są nie tylko bardziej odpowiedzialne, pracowite, ale i samodzielne oraz świadome koniecznych poświęceń.

- Decyzje, takie jak wyjazdy za granicę na szkolenia, zapadały z moim udziałem - mówi. - Wiedziałam, że to oznacza rozłąkę z rodziną i pobyt w innym kraju. Potem tęskniłam, ale nie na tyle, aby zerwać z treningami.

Dziś Patrycja sama trenuje dzieci, przychodzą do niej nawet 4-latki: - Dzieci - jeśli pokochają ten sport - są skłonne dać z siebie wszystko, aby być jak najlepszym - mówi.
Andrzej Bandurowski: - Zaangażowanie dzieci i pieniądze rodziców, nawet sponsorów - nie załatwią sprawy. Tu potrzebna jest wspólna polityka wspierania sportu młodych realizowana przez samorząd i władze województwa, a także państwa, przy udziale oczywiście klubów sportowych - bo jeden tego ciężaru nie udźwignie. U nas tymczasem likwiduje się klasy sportowe. Mamy w Kędzierzynie aż trzy hale, gdzie można trenować badminton, ale sekcje badmintona są likwidowane. Nikt nie chce dofinansowywać klas sportowych ani sekcji młodzieżowych, bo to się nie opłaca.

A u Czechów…

To błędne myślenie, bo przecież inwestycja zwróci się za kilka lat - z małych sportowców wyrastają zdrowi i odpowiedzialni obywatele. Co ważne, obecnie inwestować w zdrowe ciało można w sprzyjających warunkach, jakich dotąd nie było, bo za sprawą nie tylko prywatnych pieniędzy, ale unijnych funduszy - budowane są nowoczesne kompleksy sportowe o europejskim poziomie (jak np. w Kędzierzynie-Koźlu).

- A zajęcia w nich prowadzą trenerzy na europejskim poziomie, choć wciąż za polskie, a nie europejskie stawki - dodaje Bandurowski. - Trenerowi w Niemczech trzeba płacić 3 tysiące euro, w Polsce - 2-3 tysiące złotych.

W Hiszpanii za pierwszą rakietę małego tenisisty jego rodzic płaci połowę stawki - drugą połowę ma dofinansowaną.

Zresztą, po co szukać wzorów w Hiszpanii, wystarczy spojrzeć za południową granicę. - W Czechach rodzice mogą liczyć na dofinansowanie trzech treningów swych dzieci w miesiącu - mówi Jarosław Wojtuś.

A w Polsce? Kędzierzyński klub otrzymał rok temu od władz województwa 1800 złotych. Pieniądze poszły na zakup sprzętu dla początkujących tenisistów, między innymi dla Kai. Sprzęt już się dawno zużył.

Czytaj więcej o:
  • Kaja Chmielowska
  • Max Steinberger
  • opolski tenis
  • Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

  • forum.nto.pl
Najciekawsze artykuły
z Mediów Regionalnych
Najciekawsze artykuły
z Mediów Regionalnych
alarm24 Kliknij i wyślij nam swojego newsa!
Brak ankiety.

Kontakt z reklamą »

Kontakt z redakcją »

Kontakt z marketingiem »

Kontakt z kolportażem »

Zadzwoń 77 44 32 500

Napisz maila:

Jesteśmy też na:

Serwisy społecznościowe

nto jest częścią grupy Media Regionalne

Pro Media sp. z o.o. w Opolu zastrzegają, iż rozpowszechnianie jakichkolwiek artykułów i materiałów zamieszczonych w portalu www.nto.pl jest dozwolone wyłącznie z zachowaniem warunków korzystania z treści. Jakiekolwiek użycie treści wykraczające poza ww. warunki jest zabronione bez pisemnej zgody Pro Media i nabycia licencji. Sprawdź, w jaki sposób możesz uzyskać licencję na wykorzystanie treści.

Naruszenie tych zasad jest łamaniem prawa i grozi odpowiedzialnością karną.

Polityka dotycząca plików cookie

Wszelkie prawa zastrzeżone. Pro-Media Sp. z o.o. w Opolu. 2001-2014.