Rzeź rodziny Heluszków

    Rzeź rodziny Heluszków

    fot. Krzysztof Świderski

    Nowa Trybuna Opolska

    Aktualizacja:

    Nowa Trybuna Opolska

    Rzeź rodziny Heluszków

    ©fot. Krzysztof Świderski

    Żeby sprawiedliwości stało się zadość, Mundek powinien umierać siedem razy. Tyle, ile miał istnień na sumieniu: całą rodzinę ze Smarchowic Małych pod Namysłowem, w tym pięcioro dzieci. Ale Mundek umarł tylko raz.
    Rzeź rodziny Heluszków

    ©fot. Krzysztof Świderski

    9 września 1959 roku kat zacisnął mu pętlę na szyi, a potem kopnął w drewniany zydel. To był ostatni wyrok śmierci wykonany w Opolu.

    Kartki sądowych akt sprzed ponad pół wieku pożółkły, pismo i druk wyblakły, ale czarno-białe zdjęcia z wizji lokalnej największej zbrodni w powojennej historii Polski są nadal jak żyleta.

    Na fotografiach z września 1957 r. widać Edmunda Słabego, wówczas 19-letniego chłopaka.
    Postawny blondyn w eleganckiej samodziałowej marynarce w kratę, modnych wówczas szerokich czarnych spodniach i z widoczną na ręce bransoletką luksusowego zegarka Delbena. To wszystko Mundek kupił za pieniądze zrabowane Heluszkom. To dla tych pieniędzy zamordował ciotkę i całą jej rodzinę. Nie oszczędził nawet czteromiesięcznej Marysi.

    MUNDEK SCHODZI NA ZŁĄ DROGĘ

    Urodził się i mieszkał w zapadłej wsi pod Kłobuckiem. Skończył pięć klas, uczyć się nie chciał, w domu bieda piszczała, więc rodzice pogonili go do pracy. W tamtych czasach nie było to nic niezwykłego. Ale Mundek nie potrafił nigdzie zagrzać miejsca, zmieniał zajęcia jak rękawiczki.

    - Nie opłaca mi się tyrać za 600 złotych - tłumaczył matce.

    Bo Mundkowi marzyło się lepsze życie. Nienawidził swoich wytartych drelichowych spodni po ojcu, dwóch par pocerowanych skarpetek i chleba z margaryną owiniętego w gazetę, który co ranka dawała mu do pracy matka. Mundek, wracając po robocie do domu, z błyszczącymi oczami zaglądał przez szyby do knajpy na rynku w Kłobucku, gdzie bawiły się miejscowe niebieskie ptaki. Zazdrościł im pieniędzy i tych rozchichotanych dziewczyn w przemycanych z Zachodu nylonowych pończochach. Patrzył, jak niebieskim ptakom z Kłobucka siadały na kolanach. On nie miał nawet garnituru na wiejską zabawę.

    To dlatego włamał się z kolegą do stojącego na bocznicy wagonu. Niestety, zamiast cenionych na czarnym rynku towarów były tam instrumenty muzyczne. Właściwie tylko jako trofeum wzięli trąbkę i klarnet.

    Kilka dni później do ich domów zastukali milicjanci. Dzisiaj taka sprawa skończyłaby się umorzeniem: młodzi, niekarani, niska szkodliwość społeczna itd. Ludowa władza była jednak surowa, w sądzie Mundek i kolega za rabunek społecznego mienia dostali po pół roku więzienia. Odpowiadali z wolnej stopy, ale kiedy wyrok się uprawomocnił, mieli iść siedzieć. Kolega poszedł, Mundek nie chciał, bo się bał.

    - Co mam robić? - zapytał bezradnie matkę.

    Kobieta po chwili zastanowienia przypomniała sobie o siostrze. - Jedź do cioci do Smarchowic, zaopiekują się tobą, to daleko stąd, znikniesz, w sądzie zapomną o tobie - poradziła synowi.

    Mundek posłuchał rady, 19 sierpnia 1957 r. stanął w progu domu na uboczu Smarchowic Małych, przy drodze do Krzykowa.
    Heluszkom zostało dziesięć dni życia.

    PANIE WŁADZO, TO DOBRY CHŁOPAK

    Urodzony w 1899 roku Jan Heluszek i jego o 15 lat młodsza żona Stanisława pojechali przed wojną do Francji za chlebem. Choć ciężko harowali, nie dorobili się tam majątku. Za to w 1941 urodziła im się Genowefa, a cztery lata później Władysława. Kiedy minęła wojenna zawierucha, uznali, że nie znajdą szczęścia nad Sekwaną.

    Przywiezionych oszczędności starczyło tylko na dom i dwa hektary ziemi w Smarchowicach. Nie dało się z tego wyżyć, więc Jan dorabiał jeszcze jako robotnik w rejonie dróg publicznych. Stanisława zajmowała się gospodarstwem i wychowywaniem kolejnych dzieci: Zygmunta, Aleksandra i urodzonej w kwietniu 1957 Marysi.

    Powoli wychodzili na prostą. Kiedy przyjechał Mundek, mieli w chlewiku dwie krowy, dwie świnie i trzy owce. Wcześniej sprzedali żyto i łubin, za które dostali 4,5 tys. zł. Bez obaw mogli przyjąć pod dach nowego domownika. Na pełnych prawach i obowiązkach, bo u Heluszków każdy jakieś miał. Dorosły musiał pracować.

    - Poszukaj sobie jakiejś roboty - powiedziała do siostrzeńca Stanisława. I życzliwie doradziła, by zaczął od pobliskiego PGR w Krzykowie.

    Praca była od zaraz, ale trzeba było pokazać dokumenty. Tego jednak Mundek nie mógł zrobić. Bał się, że jak pokaże dowód osobisty, ujawni swoje dane, to szybko wyjdzie na jaw, iż jest poszukiwany przez milicję. Przed Heluszkami się wykręcił, że nie przyjmą go do pracy, bo nie ma ubrania roboczego. - Ale wyślę do mamy list, żeby mi przysłała - zapewnił ciotkę.

    Uwierzyła, patrząc w te jego duże niebieskie oczy i szczerą twarz. Mundek umiał się maskować.

    Tyle że na wsi nikt zdrowy i młody nie mógł siedzieć bezczynnie, Heluszkowie znaleźli mu zajęcie: rąbał drzewo, nosił wodę i pasł krowy. Właśnie przy tych krowach zauważył go z szosy sierżant Stefan Dobrowolski, mieszkający w Smarchowicach Małych milicjant i tamtejszy dzielnicowy.

    - Obcy! - zapaliła się ostrzegawcza lampka w głowie sierżanta. - Trzeba go wylegitymować.

    Dobrowolski zatrzymał motor i wszedł do domu Heluszków.
    - To siostrzeniec mojej Stasi - wyjaśnił Jan Heluszek. - Przyjechał do nas za robotą. To dobry chłopak, pracowity i spokojny.

    - Jan mówił to szczerze - wspomina 88-letni dziś Stefan Dobrowolski. - Zaufałem jego słowom i przez to do dzisiaj mam wyrzuty sumienia. Gdybym wylegitymował wtedy Edmunda, spisał jego dane, to mógłby się wystraszyć, że po sprawdzeniu w komendzie zostanie rozpoznany. Wyjechałby, a Heluszkowie by żyli…

    SIEDEM OSÓB W TRZY KWADRANSE

    Mundek postanowił wymordować Heluszków już dwa dni po przyjeździe. Podsłuchał, jak Stanisława z Janem rozmawiają w kuchni o sprzedanym życie i łubinie. Jak planują kupno konia i wozu. Mundek szybko sobie przeliczył, że potrzeba na to kilkunastu tysięcy złotych. Majątek! Od tej chwili podekscytowany myślał tylko o jednym: jak zabić Heluszków i dobrać się do ich pieniędzy.

    W domu była trutka na szczury, 28 sierpnia Mundek wsypał truciznę do gotującej się zupy. Potem wymówił się od jedzenia - że boli go brzuch. Siedział, patrząc jak wszyscy jedzą zupę i czekał, aż zaczną umierać. Ale nic się nie działo, po kilku godzinach dzieci miały lekkie sensacje żołądkowe i na tym się skończyło. Trucizna była zwietrzała.

    Wieczorem Mundek po kryjomu przygotował trzy pętle z aluminiowego drutu i poszedł spać. 29 sierpnia obudził się przed świtem i czekał, kiedy wszyscy wstaną. Zaplanował, że najpierw zabije ciotkę i wujka.

    Włożył druciane pętle do kieszeni i wyszedł na podwórko. Spod pieńka wziął siekierę i cichcem zakradł się do chlewika, gdzie Jan rozrzucał widłami słomę. Heluszek nie usłyszał nadchodzącej śmierci. Mundek uderzył go siekierą w tył głowy, leżącemu zadał jeszcze trzy ciosy. Zwłoki wujka przykrył słomą i poszedł zabić ciotkę.

    Stanisława zeszła do komórki po węgiel. Kiedy wchodziła z wiadrami po schodach, u szczytu czekał Mundek. Zamachnął się siekierą, potem drugi raz…

    Mordował metodycznie, jak maszyna, bez emocji. Siekierę zostawił w komórce obok martwej ciotki, nie była mu już potrzebna.

    Na podwórku bawili się 7-letni Zygmuś i 9-letni Oleś. Najpierw wywołał za stodołę starszego: - Chodź, chodź, coś ci pokażę na niebie!

    Kiedy chłopczyk spojrzał w górę, Mundek od tyłu zarzucił mu pętlę na szyję i zaczął skręcać, aż drut werżnął się w skórę. Potem w podobny sposób wywabił za stodołę Zygmusia. Ciała chłopców zaniósł do chlewika i położył obok zwłok Jana.

    16-letnia Genowefa kucała przy piecu w kuchni i rozniecała ogień. Mundek przewrócił ją na plecy, zatkał usta ręcznikiem, żeby nie krzyczała i udusił dziewczynę gołymi rękami. Martwą kuzynkę zostawił pod piecem, przykrył ją tylko kapą.
    Potem poszedł do pokoju, 12-letnia Władzia siedziała ubrana na łóżku, wkładała na nogę bucik. Mundek wyciągnął z kieszeni ostatnią pętlę…

    Została tylko 4-miesięczna Marysia, spała w wózeczku. Udusił niemowlę jedną ręką, ciałko zaniósł do chlewika. Wymordowanie siedmioosobowej rodziny zabrało mu trzy kwadranse.

    Nic już nie przeszkadzało Mundkowi w plądrowaniu domu. W starym piecu znalazł 4,5 tys. zł i siedem srebrnych monet. Był wściekły, bo to było dużo mniej, niż się spodziewał. Zabrał jeszcze skórzaną kurtkę Jana, zamknął dom, wsiadł na rower i pojechał na dworzec kolejowy w Namysłowie. Wcześniej wypuścił z chlewika zwierzęta, bo ich brak w obejściu mógł przedwcześnie wzbudzić czyjeś podejrzenia.

    WIEŚ ODKRYWA MAKABRĘ

    - 31 sierpnia 1957 roku, nie zapomnę tej daty do końca życia - mówi Tadeusz Simlat. Tego dnia 6-letni Tadzio i jego 9-letnia siostra Stasia paśli krowy w pobliżu domu Heluszków.

    - Był straszny upał, chciało nam się pić - wspomina pan Tadeusz. - Siostra posłała mnie po wodę do Heluszków. Ale nikt nie otwierał, było cicho. Stasia nie chciała mi uwierzyć, poszła sprawdzić.

    Dziewczynka zajrzała przez okno do kuchni, pod piecem zobaczyła jakby ludzką postać nakrytą kapą. Stasia wróciła do Tadzia, byli tak spragnieni, że postanowili wcześniej spędzić krowy z pastwiska. Po drodze spotkali jadącego wozem sąsiada, Leona Andrejczuka. Dzieci powiedziały mu o dziwnej ciszy w zamkniętym domu Heluszków i pognały dalej krowy.

    Zaniepokojony Andrejczuk postanowił sprawdzić dziecięcą opowieść. Obszedł zamknięte domostwo, zajrzał do chlewika, gdzie zobaczył wystające spod słomy nogi Jana. To mu wystarczyło, wskoczył na wóz, żeby popędzić do sierżanta Dobrowolskiego. Nie musiał go szukać, bo milicjant właśnie nadjechał motorem.

    - Ktoś mi powiedział, że krowy Heluszków łażą po polach i weszły w szkodę - wspomina Stefan Dobrowolski. - Zaniepokoiłem się, bo coś takiego nigdy się nie zdarzyło.

    W tym samym czasie w kierunku domu Heluszków ruszyło kilkunastu mieszkańców Smarchowic Małych. Niektórzy nieśli widły, inni siekiery. Po wysłuchaniu relacji Stasi i Tadzia dorośli wiedzieli już, że u Heluszków musiało się stać coś złego.
    Wkrótce wiadomość o mordzie na siedmioosobowej rodzinie obiegła okolicę lotem błyskawicy, wywołując szok i żądzę odwetu na Mundku, bo ludzie szybko się domyślili, że to on jest sprawcą rzezi Heluszków.

    Tymczasem Mundek się bawił, był wreszcie wielkim panem. W Oławie obkupił się w eleganckie ciuchy i delbenę za 1750 zł. Potem pojechał do kolegi do podwrocławskiego Bierutowa. Tam poszli na zabawę, Mundek rządził, stawiał wódkę i piwo, a potem rozbił imprezę - pijany wyciągnął atrapę pistoletu i groził, że wszystkich powystrzela. Następnego dnia wsiadł w pociąg do Piławy Górnej pod Dzierżoniowem. Chciał uciekać na Zachód.

    Ale jego wyczyny na zabawie doszły do uszu milicji, szybko pokojarzono fakty i na dworcu w Piławie na Mundka czekali już milicjanci.

    MUNDEK RŻNIE WARIATA

    Kiedy 2 września przywieziono go do Namysłowa, pod komendą zebrał się tłum, żądając wydania mordercy. Zabarykadowani milicjanci musieli wzywać posiłki. Potem Edka trzeba było stale chronić przed linczem: podczas wizji lokalnych i doprowadzania na proces w opolskim sądzie wojewódzkim.

    - W korytarzu sądu trzeba było się przepychać przez tłum rozszalałych kobiet, które chciały rozerwać Mundka na strzępy - opowiada L., emerytowany prokurator, który oskarżał Edmunda Słabego (prosi o niepodawanie nazwiska). - Kobiety nie mogły mu darować, że zabił czteromiesięczne dziecko.

    Prokurator L. też był tym zaintrygowany, przecież Mundek nie musiał mordować Marysi, niemowlę nie mogło go rozpoznać.

    - Zabiłem je z litości - powiedział Mundek. - Żeby nie zmarła w męczarniach z głodu.

    Ale zanim Mundek przyznał się do winy, długo symulował chorobę umysłową. Wchodził np. na salę rozpraw i składając się jak z pistoletu maszynowego strzelał do sędziów: tatatata…

    W symulowaniu pomagała mu m.in. lektura… "Przygód dobrego wojaka Szwejka". Prokurator L. szybko jednak rozgryzł Mundka, pomogły mu w tym zresztą zeznania współwięźniów, którzy powiedzieli, iż Słaby chwalił się im, że robi z sędziów wariatów. Decydujące okazały się opinie biegłych.

    - Pozbawiony uczuć wyższych, ale poczytalny i świadomy tego, co zrobił - stwierdzili psychiatrzy.

    Wyrok mógł być tylko jeden. Nie pomogły apelacje, los Mundka został przesądzony.

    PO MUNDKU NIE ZOSTAŁ ŚLAD NA ZIEMI

    Rankiem 9 września 1959 r. do drzwi opolskiego więzienia zastukał mężczyzna w średnim wieku. Pokazał strażnikom dokument: "Właściciel niniejszego pisma jest wykonawcą wyroku śmierci na Edmundzie Słabym". To wystarczyło.

    W Polsce nie było wtedy zawodowych katów, wykonywaniem egzekucji zajmowały się doraźnie 3-4 osoby. Wiadomo, że jeden z nich był palaczem, inny konserwatorem. Ich nazwiska stanowiły ścisłą tajemnicę, znaną tylko kilku osobom w państwie. Tajemnicą było też wynagrodzenie katów, choć mówi się, że wynagrodzenie za straconego nie przekraczało ówczesnej średniej pensji, czyli około 600-700 zł.

    W opolskim więzieniu nie było tzw. oddziału Z, czyli specjalnego pomieszczenia do straceń. Mundek został powieszony w piwnicy, na haku w suficie. Tuż przed egzekucją dotarło do niego, że to koniec. W jednej chwili zamienił się w warzywo, puściły mu zwieracze…

    Miał też ostatnie życzenie, "spod sznura" napisał list do matki, w którym przekonywał, że to nie on jest mordercą.

    - Dopiero w ostatniej chwili ruszyło go sumienie - przypuszcza prokurator L. - Nie chciał zostawiać matki z tą potworną świadomością, że to jej syn zamordował jej siostrę…

    Ciała Mundka nie wydano rodzinie, został pochowany na cmentarzu przy ul. Wrocławskiej w Opolu. W księgach cmentarnych zachowała się adnotacja z datą i przyczyną zgonu: "Edmund Słaby, wykonany wyrok śmierci. Pochowany: Kwatera I J, rząd VIII, grób 5". Dzisiaj to miejsce porasta trawa, nie ma nawet śladu po grobie.
    Mundek był ostatnim straconym w Opolu. Potem zapadały u nas jeszcze wyroki śmierci, ale skazańców wieziono na egzekucję do Wrocławia lub Krakowa.
    Heluszków pochowano w jednym grobie na cmentarzu w Namysłowie. Choć nie mieli tutaj rodziny, ich mogiła wygląda, jakby pogrzeb odbył się tydzień temu: świeże kwiaty, znicze…

    - Za każdym razem, kiedy jestem na cmentarzu, zapalam lampkę na ich mogile - mówi Tadeusz Simlat. - Tak wszyscy robią, Heluszkowie na zawsze pozostaną w ludzkiej pamięci.

    Nie ma już ich domu. Po nich zamieszkali tam jacyś ludzie i znów wydarzyła się tragedia: kobieta utonęła w studni. Miejscowi różnie mówią - że sama wpadła, że ktoś ją popchnął. Pewne, że od tego czasu nikt już nie chciał tam nawet wchodzić. Dom uznano za przeklęty i został zburzony. Został tylko zarys fundamentu na polu zboża.

    Czytaj także

      Komentarze

      Forum tylko dla zalogowanych.

      Załóż konto / Zaloguj się

      Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      Warto zobaczyć

      Wideo

      Gry On Line - Zagraj Reklama