Zdobycie Paryża

    Fot. Jolanta Mrukot

    Nowa Trybuna Opolska

    Aktualizacja:

    Nowa Trybuna Opolska

    - Tam za mną były kiedyś domy, dziś nie zostało z nich nic - mówi Gerard Hyla.

    - Tam za mną były kiedyś domy, dziś nie zostało z nich nic - mówi Gerard Hyla. ©Fot. Jolanta Mrukot

    Nie było żadnego planu. Jednych oszczędzili, a w domu obok zabili wszystkich: mężczyzn, kobiety i dzieci.
    - Tam za mną były kiedyś domy, dziś nie zostało z nich nic - mówi Gerard Hyla.

    - Tam za mną były kiedyś domy, dziś nie zostało z nich nic - mówi Gerard Hyla. ©Fot. Jolanta Mrukot

    Przez Paryż, wieś pod Pokojem, obce wojska przeszły dwa razy. Najpierw - 200 lat temu - przemaszerowali napoleońscy żołnierze. Zostawili wsi światową nazwę, tęsknotę do lepszego świata i kilka z francuska brzmiących nazwisk...
    Drugi przemarsz nie był tak łaskawy. W niedzielę 21 stycznia 1945 roku około godziny 17 do Paryża - wsi na prawym brzegu Odry - wkroczyli rosyjscy sołdaci. Nie zostali długo, zaledwie kilkanaście godzin, ale to wystarczyło, żeby wieś nie pozbierała się już nigdy. Gwałty, spalone domy i trupy. Od kul z rosyjskich pepesz we wsi, gdzie było 37 domów, zginęło 32 ludzi...
    Elżbieta Radziej, Gerard Hyla i Alojzy Rudek to żyjący świadkowie wydarzeń sprzed 60. lat.
    W Paryżu nie było wtedy młodszych mężczyzn, o nich upomniała się już dawno III Rzesza.
    - Niejeden płakał jak dziecko, jak go Wehrmacht wzywał - mówią Alojzy i Gerard. - Co za interes miał mój ojciec pchać się po śmierć na wschód, a niejeden młody swoją śmierć przeczuwał...
    Wyjątkowo w domu był młody Wieczorek. Mundur gefreitra zdążył głęboko schować, zanim sołtys Jan Hyla (dziadek 8-letniego wtedy Gerarda Hyli) przez wieś pozbawioną radia i prądu przejechał rowerem i przez tubę krzyczał: - Rus nadciąga!
    Zapadał styczniowy mroźny zmierzch. Pod nogami skrzypiał śnieg. Do wsi pierwsi weszli zwiadowcy. Coraz częściej i bliżej słychać było odgłosy strzałów.
    Dzieci zaczęły krzyczeć...
    Tragedia Paryża rozegrała się kilka godzin później, w poniedziałkowy poranek.
    - Staruszka Maria Medelnik wracała właśnie z kościoła - opowiada Gerard Hyla. - Kiedy przechodziła obok domu Franciszka Rudka, usłyszała przeraźliwy krzyk dzieci.
    Ich matkę w zaawansowanej ciąży sołdaci rozciągnęli na podwórku i jeden po drugim gwałcili. Po wszystkim oddali do kobiety kilka strzałów z pepeszy. Jej 7-letnia córka uciekła do stodoły, zakopała się w sieczce.
    - Strzelali do niej z góry - kontynuuje Hyla. - Na sieczce pozostała plama krwi, kiedy mój dziadek z innymi mężczyznami zbierał na żeleźniok ciała pomordowanych ludzi we wsi.
    Troje z czworga dzieci od Rudka Józef Hyla znalazł zastrzelonych w domu. A Franciszka Rudka, ich ojca, Rosjanie żywcem nadziali na widły. Potem patrzyli jak kona...
    Matka 8-letniego Gerarda zostawiła dom, gospodarstwo, nie zważając na grabieżców, i przeniosła się do teścia - starego Hyli, na koniec Paryża.
    - Zaraz w poniedziałek w naszym domu zastrzelili naszą sąsiadkę - wspomina Hyla. - Wujek schronił się pod łóżkiem w kuchni, strzelali do niego z góry. W środkowym pokoju zastrzelili kuzynkę. Siostra starego Hyli zaczęła uciekać, to strzelili jej w plecy.
    8-letni Gerard zapamięta na zawsze twarze zabitych, kiedy dziadek wciągał ich na wóz.
    Po chwili Rosjanie byli już w sąsiednim gospodarstwie. - Przeżyła ino Szubertka, bo schowała się za drzwi i nikt jej nie zobaczył - relacjonuje Alojzy Rudek. - U Szuberta zabili dziadka i synową z czwórką małych dzieci.
    Naprzeciwko Hyli mieszkała samotna kobieta, wołali ją Mańczyna.
    - Nie oszczędzili Mańcynej, od niej polecieli dalej i w następnym obejściu zabili siedem osób - Alojzy i Gerard na zmianę ciągną opowieść.
    Z masakry w tym domu ocalały dwie kobiety - po pierwszych strzałach padły przerażone na ziemię, potem dostały nadludzkiej siły i wyszarpały okno, tak uciekły... Jedna z nich odrętwiała z rozpaczy i przerażenia biegła przez wieś, niosąc na rękach swoje nieżyjące już dziecko. Z tego domu wypełznął oknem kaleka. Dzisiaj już nikt nie wie, czy Ruscy go na podwórku dobili czy skonał z wycieńczenia.
    Wieś płonęła
    jak pochodnia
    Kobiety, które przeżyły masakrę, wpadły do starego Hyli. Tam siedzieli już Rosjanie.
    - Wpierali nam, że to niemożliwe, że Ruski nie potrafiłby zabić dziecka - relacjonuje Gerard Hyla. - Mówili, że od zabijania dzieci są tylko Giermańcy.
    - W poniedziałek zastrzelili też syna Wieczorka - dodaje Elżbieta Radziej. - Tego, co był na przepustce. Zaraz potem podpalili stodołę, bo tam się ukrył.
    Wieś płonęła jak pochodnia. W lesie chował się z matką i innymi kobietami 13-letni wtedy Alojzy Rudek. Patrzył, jak pali się jego dom.
    - Ludzie mówili, że to zemsta Ruskich za małą wojnę na skraju lasu - mówi Alojzy Rudek.
    Tydzień wcześniej, 15 stycznia, Alojz, uczeń przedostatniej klasy szkoły podstawowej w pobliskiej Kuźnicy, od nauczyciela usłyszał, że nadciąga front. Ze ściany zdjęli portret füehrera a potem rozeszli się do domów.
    Mała wojna, o której mówi Alojzy, rozegrała się w nocy z 21 na 22 stycznia.
    - Niemcy zaatakowali Rusów - wyjaśnia Alojzy Rudek. - To było gdzieś przy szosie, jak się jedzie do Domaradza. Tam też porzucili działo. Ale wcześniej ustrzelili z niego kilku sołdatów.
    Niemcy rozpierzchli się po okolicy. Dziewięciu z nich ukryło się w opuszczonym budynku. Znaleźli ich Rosjanie.
    - Wyprowadzili pod dom Hyli, postawili pod płotem - opowiada Alojzy. - To był ich koniec.
    Chłopcy
    zdążyli się przeżegnać
    Ludzie mówili, że rozstrzelani byli żołnierzami generała Własowa, który z całą swoją dywizją czerwonoarmistów zdezerterował do niemieckiej armii.
    Mieszkańcy Paryża wiedzieli, że dla Rosjan byli już tylko wrogami: Germańcami. Ten podział był prosty i zrozumiały - dlatego nie mogli zrozumieć, że sołdaci nie oszczędzili Wicka, Ignaca i Bronka, młodych Polaków (sojuszników, z którymi parli na Berlin) spod Wielunia zesłanych na roboty do Paryża.
    - Ruscy w szopie ich przesłuchiwali - opowiada Gerard Hyla. - Patrzyłem przez okno, jak sołdat pogonił ich przed siebie na wzgórze koło naszego domu. Chłopcy zdążyli się przeżegnać, Ignac zdjął czapkę i ugniatał w ręce. Potem Rus z pepeszy wypalił do nich serię. A na koniec podłożył im poduszkę pod głowy...
    W środę 24 stycznia Józef Hyla i inni ocaleli starsi mężczyźni zaczęli ładować ciała na wóz. Razem z tymi, co mieli być od Własowa, naliczyli 41 zamordowanych.
    - Z trupami na furze zajechali pod krzyż, co to za Napoleona te wojska miały go w naszym Paryżu postawić - opowiada Gerard. - Tam zastanawiali się, co dalej. Po dwóch dniach pojechali do Domaradzkiej Kuźni i pochowali wszystkich na cmentarzu w jednej bezimiennej mogile.
    Zabitych mogło być więcej, gdyby wieś nie opustoszała. Ludzie uciekali przed frontem, jak wielu z prawej strony Odry. Tak zrobiła siostra 20-letniej wtedy Elżbiety Radziej. Przerażona zabrała roczne dziecko i razem z innymi pędziła przed siebie. W Pokoju Niemcy mieli przygotować punkt ewakuacyjny dla cywili. Ale nic takiego tam nie było...
    - Nie zdążyła ze sobą niczego zabrać - wspomina 80-letnia dziś Elżbieta. - Wsiadłam na rower, powiesiłam bańkę z mlekiem, zapakowałam bochenek chleba dla tego dziecka i pojechałam za nią.
    Podmuch pierwszego wybuchu armatniego wystrzału przewrócił ją na ziemię. Mleko się wylało, z chleba nic nie zostało. A w Pokoju siostry i nikogo z ich wsi już nie było...
    - Ona wróciła się do domu, tylko inną drogą - mówi Elżbieta Radziej. - To się rozminęłyśmy. Przeżyła, ale o tym dowiedziałam się dopiero w maju.
    20-letnia Elżbieta, kurczowo prowadząc swój rower, w Pokoju trafiła do kolumny cywili i niemieckiego wojska, uciekających przed radziecką ofensywą. Ona i kilka innych osób przeszli mostem na Odrze w okolicy Kuźni, zanim niemieccy saperzy wysadzili go w powietrze. Obejrzała się, zobaczyła fruwające w powietrzu kawałki konstrukcji. Przeszedł ją dreszcz: Boże, jak wrócę do domu!
    Na razie szła w odwrotnym kierunku. - Przez dwa tygodnie piechty, aż do Jeleniej Góry, nie wiedziała, że będzie kopać okopy - mówi o sobie Elżbieta.
    W Paryżu już nikt nie szukał Niemców, za to szukali zegarków, wódki, kobiet.
    - We wsi ani jednej młodej nie było widać, wszystkie zgarbione, z naciągniętymi na twarz chuścinami i dla niepoznaki sadzą umazane - wspomina Alojzy.
    Paryż już nigdy się nie odrodził - nie odbudowano spalonych domów, a ci, co w nich mieszkali i przeżyli masakrę, na zawsze opuścili wieś. Dziś jest ona przysiółkiem Domaradza, z 27 numerami.
    Pozostały bezimienna mogiła na cmentarzu i wciąż żywe wspomnienia z przeszłości. Elżbieta, Gerard, Alojzy i wielu innych Ślązaków przez lata milczało. A był czas, kiedy próbowali nawet udawać, że tego wszystkiego nigdy nie było.

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Czytaj także

      Komentarze

      Forum tylko dla zalogowanych.

      Załóż konto / Zaloguj się

      Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      Warto zobaczyć

      Wideo

      Gry On Line - Zagraj Reklama