Milicja zawsze z Ojcem Świętym

    Milicja zawsze z Ojcem Świętym

    Maciej T. Nowak mnowak@nto.pl

    Nowa Trybuna Opolska

    Nowa Trybuna Opolska

    Policjanci, którzy jeszcze jako milicjanci obstawiali papieskie pielgrzymki, mówią, że było to dla nich wielkie przeżycie duchowe. Wierni zapraszali ich na kawę, ciasto i bigos.
    To była pilnie strzeżona tajemnica, ale teraz po latach możemy o tym mówić - stwierdza Henryk Kiślak, który na początku lat 80. był początkującym milicjantem, a teraz jest zastępcą dowódcy pododdziału prewencji. Brał udział w obstawianiu czterech papieskich pielgrzymek do Polski.
    A jaka to tajemnica? Otóż w 1983 r., gdy Jan Paweł II jedyny raz odwiedził Opolszczyznę, papamobil parkował w milicyjnych garażach przy ul. Oleskiej w Opolu. Dziś mieści się tam Samodzielny Pododdział Prewencji Policji. W garażach stoją radiowozy.
    Papamobil został wyprodukowany przez mercedesa. Był biały, z klatką z kuloodpornych szyb. Przez cały czas pilnowali go funkcjonariusze Biura Ochrony Rządu. Na miejsca kolejnych spotkań papieża z wiernymi pojazd transportowany był samolotem lub na lawetach.

    Kawa i herbata dla milicjantów
    Pierwszy raz Kiślak zobaczył papieża w 1979 r. Warszawa, Częstochowa, Nowy Targ. - Szczególnie w pamięci zapadło mi spotkanie z papieżem w stolicy - wspomina Kiślak. Zabezpieczał wtedy trasy dojazdowe. Pilnował ruchu przy skrzyżowaniu Alei Niepodległości z Wawelską. W innym miejscu stał na wiadukcie, pod którym przejeżdżał papież. - Widziałem go jak na dłoni - wspomina Kiślak. W trakcie pierwszej pielgrzymki za papamobil robił star 66 w papieskich barwach, odkryty, z ustawionym baldachimem.
    Praca podczas pielgrzymki była wyczerpująca. Trzy - cztery dni z rzędu, po 12 - 14 godzin na dobę. Dużo zajęć milicjanci w zasadzie nie mieli, bo przecież do żadnych zatargów nie dochodziło. Pielgrzymka to nie mecz piłkarski.
    Pracowali z entuzjazmem i nie czuli zmęczenia. Siły milicyjne do obstawiania pielgrzymek ściągano z całego kraju. Przerzucano ich z jednego miejsca, które odwiedzał papież, do następnego.
    Pilnowali głównie porządku, by każdy trafił do swojego sektora, by nie doszło do wybuchu paniki. Odstraszali kieszonkowców, którzy zawsze przy dużych zgromadzeniach ludzi szukają swojej okazji.
    - Nie słyszałem, by dochodziło do jakichś kradzieży - opowiada "NTO" Kiślak.
    Trochę pracy przybyło po 1981 r., gdy w Watykanie doszło do zamachu na Jana Pawła II. Poza normalnym pilnowaniem porządku i kierowaniem ruchem trzeba było wyostrzyć wzrok i słuch, by nie doszło do powtórki zdarzenia z pl. św. Piotra.10 metrów od papieża
    1991 r. Płock, Radom, Rzeszów. Henrykowi Kiślakowi w pamięci zapadła szczególnie wizyta Ojca Świętego w Płocku.
    - Papież wylądował helikopterem na piłkarskim stadionie Wisły, a przebierał się w klubowych budynkach - opowiada. W tym czasie Kiślak był już dowódcą, a swoje stanowisko dowodzenia miał zaledwie 8 - 10 metrów od ołtarza:
    - Czułem magnetyzm papieża. Ten człowiek miał w sobie to coś.
    Zwłaszcza wizyty papieża z okresu PRL-u Kiślak będzie pamiętał do końca życia. We wspomnieniach pozostanie spontaniczność ludzi i ich przyjazny stosunek do milicji (w latach 80. to nie była codzienność).
    - W trakcie jednego z upalnych dni w Warszawie podeszła do nas starsza kobieta. Przyniosła termosy z kawą i herbatą. Mówiła: synkowie, stoicie tu już tyle czasu, napijcie się - wspomina.
    Z poczęstunkami milicjanci spotykali się też w innych częściach kraju, szczególnie na Podhalu. Górale zapraszali ich do domów, na coś do picia, ciasto czy nawet bigos. - Niestety, obowiązki nie pozwalały nam na przyjmowanie tych zaproszeń - mówi Kiślak.
    W 1987 r. Henryk Kiślak pilnował pielgrzymki w Gdańsku i dwukrotnie w Warszawie. Nie udało mu się być w Krakowie, czego żałuje. Żałuje też, że w trakcie pracy nie było sposobności, by porobić pamiątkowe zdjęcia. Udało się za to zdobyć widokówki, proporczyki czy czapeczki od kościelnej służby porządkowej, z którą współpracowano m.in. w Częstochowie i Nowym Targu.

    Zaglądali nawet w obiektywy
    Krzysztof Świderski, opolski fotoreporter, relacjonował papieską pielgrzymkę w 1983 r. Pracował wówczas dla Centralnej Agencji Fotograficznej. Przed przyjazdem Jana Pawła II, wraz z kolegami z CAF został wezwany do Warszawy. - Do pokoju, w którym siedzieliśmy, weszło kilku panów. Powiedzieli "Dzień dobry". Posiedzieli kilka minut, popatrzyli na nas. Wstali, powiedzieli "Do widzenia" i wyszli - wspomina Krzysztof Świderski. Owi dżentelmeni nie przedstawili się skąd są, ale fotoreporter podejrzewa, że to byli pracownicy Biura Ochrony Rządu. Chodziło im o to, by poznać twarze fotografów.
    Świderski miał wejściówkę upoważniającą do poruszania się praktycznie po całym terenie, na którym odbywały się spotkania papieża z pielgrzymami. - Im sektor bliżej ołtarza, tym kontrole były bardziej drobiazgowe - wspomina.
    Przy wejściu do bazyliki kontrola była super dokładna. - Kazali błysnąć lampą, otworzyć aparat. Sprawdzali, czy nie ukryłem czegoś w obiektywach - opowiada Świderski.
    Nad tłumem wiernych na Górze św. Anny powiewało wiele transparentów. Te, które przypominały o zdelegalizowanej wówczas "Solidarności", funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa zabierali pątnikom i niszczyli.
    Edward Andrzej Kowalczyk, były opolski radny, a wcześniej działacz "Solidarności", był na Górze św. Anny w 1983 r. Wziął ze sobą biało-czerwoną flagę z napisem "Solidarni z Tobą Ojcze". Chwilę po tym, jak ją rozwiesił, podeszło do niego kilku panów przebranych za księży. - Wiadomo było, że to esbecy. Zachowywali się nienaturalnie, nie potrafili przeżegnać - wspomina po latach Kowalczyk.
    Esbecy chcieli go zabrać z sobą, ale w jego obronie stanęli inni pielgrzymi. Kowalczyk schował flagę pod ubraniem.

    Starsi nie panowali nad emocjami
    Papieską pielgrzymkę przyszło też obstawiać Markowi Dereniowi. Dziś jest naczelnikiem sekcji prewencji Komendy Miejskiej Policji w Opolu, a w 1997 r. stał na Grabiszyńskiej we Wrocławiu. Z Opolszczyzny pojechało tam ok. 300 funkcjonariuszy, w tym 100 z samego Opola.
    Marka Derenia dzieliły od przejeżdżającego papieża zaledwie trzy metry. - Naszym zadaniem było powstrzymanie rozentuzjazmowanych wiernych od wbiegania na jezdnię - opowiada. Najbardziej obawiano się osób starszych. Nie posądzano ich o złe intencje, ale zdawano sobie sprawę, że widząc papieża mogą nie zapanować nad emocjami. Każdy będzie chciał podejść jak najbliżej. Wymyślono więc, by wykorzystać harcerzy. Posadzono ich na krawężnikach. Starsi ludzie nie będą przecież biegali po siedzących młodych zuchach. To był dobry pomysł.
    Później, podczas mszy, Marek Dereń stał z boku ołtarza. M.in. wzywał pogotowie ratunkowe do osób mdlejących w ten upalny dzień.
    Cała operacja zajęła trzy dni. Wstawano o godz. 5 rano i pracowano do wieczora, po 16 godzin. Sprawdzano cała trasę, którą miał przejechać papież. - Z remontowanego dachu ściągaliśmy butle gazowe, sprawdzaliśmy mieszkania. Przygotowania trwały znacznie dłużej niż sama wizyta - wspomina Dereń.
    Miał więcej szczęścia niż jego koledzy z pododdziału prewencji, którzy byli w Krakowie. Oni też sprawdzali trasę, ale samego przejazdu Ojca Świętego nie było im dane zobaczyć. W tym czasie mieli już inne zadania.
    Ówczesny komendant główny policji Marek Papała przesłał każdemu policjantowi pracującemu przy papieskiej pielgrzymce pamiątkowy dyplom. - Tych chwil nigdy się nie zapomni - mówi Marek Dereń.

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Czytaj także

      Komentarze

      Forum tylko dla zalogowanych.

      Załóż konto / Zaloguj się

      Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      Warto zobaczyć

      Wideo

      Gry On Line - Zagraj Reklama