Jak zmiękczyć SERCE bogatego

    Jak zmiękczyć SERCE bogatego

    Anna Józyk ajozyk@nto.pl

    Nowa Trybuna Opolska

    Nowa Trybuna Opolska

    - Pojadę kosiarką do najbogatszego człowieka w Polsce i przekonam go, żeby dał pieniądze na leczenie dwójki niepełnosprawnych osób. Musi się udać - uśmiecha się Krzysztof Dzienniak.
    25-latek z Michałowa pod Brzegiem chce pomóc 5-letniej Marcie Kociubi z Brzegu, która wpadając pod pociąg, straciła obie nóżki i 12-letniemu Krzysiowi Szymaszkowi z Bierunia koło Tychów z zanikiem mięśni. W tym celu 29 czerwca zamierza wyruszyć na kosiarce z Gdańska do Warszawy, do siedziby firmy Kulczyk Holding.

    Na rolkach przez 11 stanów
    - Przede mną około 1000 km, ale kosiarka jest jak mały traktorek: z napędem na cztery koła, kierownicą i światłami. Nie powinno być problemu z pokonaniem tej trasy - zapewnia.
    Można mu wierzyć na słowo, bo Krzysiek ma już za sobą wyprawę na rolkach przez jedenaście stanów USA. Rok temu pojechał do siedziby Microsoft, żeby od szefa korporacji, multimiliardera Billa Gatesa, dostać pieniądze na leczenie dwóch chorych dziewczynek: 7-letniej wówczas Moniki Mosór z Garwolina i 10-letniej Patrycji Białkowskiej z Warszawy. Monika urodziła się z przepukliną oponowo-rdzeniową i wodogłowiem, Patrycji tramwaj obciął stopy. Dzienniak postanowił pomóc im normalnie żyć.
    Słyszał, że współtwórca Microsoftu ogromną część swojego majątku przeznacza na pomoc potrzebującym. Wiedział też, że multimiliarder chętnie wspiera organizacje charytatywne, ale nigdy jeszcze nie przekazał pieniędzy indywidualnym osobom.
    - Pomyślałem, że jeśli przejadę wielkie Stany Zjednoczone na rolkach, na których zresztą nie umiałem dobrze jeździć, pokonam barierę językową, zniosę kaprysy pogody i zmieniający się klimat, a przede wszystkim wytrzymam samotność, to może pan Gates zwróci uwagę na misję, z którą się do niego wybieram - opowiada. - I udało się, miałem mocny argument i to go przekonało - cieszy się.
    Krzysiek od 3 lat mieszka w Warszawie, ale już wcześniej zaczął współpracować z Wielką Orkiestrą Świątecznej Pomocy. - Jurek Owsiak wymyślił akcję, której już nikt nie powtórzy. A ja jestem dumny, że wymyśliłem coś takiego - uśmiecha się.

    "Choćby na koniec świata"
    Wyprawie na rolkach nadał nazwę "Choćby na koniec świata" i ze swoim pomysłem poszedł do prasy. - Poprosiłem największe gazety, żeby o tym napisały. Dzięki temu mogłem liczyć na życzliwość napotkanych ludzi - opowiada.
    Po artykułach w gazetach, na zaproszenie rzecznika Microsoft w Polsce, wybrał się do warszawskiej siedziby światowego koncernu. Tam zaraził swoim entuzjazmem pracowników, a oni postanowili przekazać jego pomysł szefowi. Informacja o człowieku, który przyjedzie z Polski na rolkach, szybko dotarła do Stanów.
    - Gdzieś o Krzyśku przeczytałem i zaciekawił mnie. Chciałem go poznać, bo jeszcze nie słyszałem o kimś, kto chce o własnych siłach pokonać taki szmat drogi, żeby pomóc drugiemu. Okazało się, że myśli rozsądnie i w miarę wie, czego chce - śmieje się Bartłomiej Danek, rzecznik Microsoft w Warszawie.
    Danek skontaktował się z rodzicami dziewczynek i wycenił potrzebną im pomoc na 20 tysięcy dolarów. Teraz trzeba było jeszcze zorganizować spotkanie dla Krzyśka w Stanach i przekonać główną siedzibę Microsoft, aby pomogła zebrać pieniądze.
    - Krzysiek działa szybciej, niż myśli. Jest bardzo spontaniczny. Pamiętam, jak go zapytałem, co zrobi, jeśli nikt go na miejscu nie przywita - wspomina Danek. - A on mi na to: "Będę jeździł w kółko". Nie wiedział, że w głównej siedzibie firmy pracuje ponad 20 tys. ludzi. Wygląda to mniej więcej tak: szeroka autostrada, a po obu jej stronach jakieś 60 budynków, oznaczonych tylko numerami. Nie wiesz, czy podchodzisz pod magazyn, czy pod siedzibę zarządu. Ale Krzyśka to nie zraziło. Urzekł nas i postanowiliśmy, że mu pomożemy.

    Anioł stróż na piątkę
    Z niewielkim plecakiem wypchanym namiotem, mapą USA, rolkami z zapasowymi kółkami i niecałymi 300 dolarami w kieszeni oraz kilkoma podręcznymi rzeczami, Krzysiek wylądował na lotnisku w Nowym Jorku. Był 28 sierpnia 2004 roku. Przed nim 5600 kilometrów do Seattle, gdzie znajduje się główna siedziba Microsoftu.
    Pierwszą noc spędził w kościelnej salce, uproszonej u polskiego księdza. Po drodze jeszcze nieraz będzie korzystał z pomocy duchownych: baptystów, luteran, katolików i amiszów. Noclegu udzielą mu także siostry zakonne.
    - Wszędzie spotykałem dobrych ludzi i ani razu nikt nie pokazał mi fuck-off - żartuje. - Amerykanie byli dumni, że robię taką rzecz właśnie u nich. Raz jechałem między polami kukurydzy. Był okropny upał, a ja nie miałem już wody. I nagle spomiędzy krzaków wyszła kobieta. Dała mi pić, poczęstowała ciastkami i zaprowadziła do sióstr. Tam przenocowałem i nawet wykąpałem się w klasztornym basenie! Mój Anioł Stróż powinien wtedy dostać piątkę - uśmiecha się.
    Amerykanie, u których nocował, zapraszali na spotkania z nim lokalną prasę. Dzięki temu Krzysiek również w Stanach przestaje być anonimowy.
    - Ludzie zatrzymywali się na mój widok i wyciągali pieniądze, wskazywali drogę. Nie bali się też przygarnąć obcej osoby na nocleg. Częstowali jedzeniem. Raz nawet jadłem za darmo w McDonalds?ie. Kiedy pracownicy dowiedzieli się o celu mojej wyprawy, nie było mowy, żebym płacił za śniadanie - opowiada. - Spotkałem też naprawdę biednego chłopaka, który dał mi ostatnie pieniądze na motel. W ciągu trzech miesięcy ani razu nie spałem pod gołym niebem.
    Spotkała go jednak także przykra niespodzianka: na jednej ze stacji benzynowych ktoś ukradł mu rolki.
    - Zostawiłem je na chwilę pod sklepem i kiedy wyszedłem, już ich nie było - opowiada.
    Ale również wtedy mógł liczyć na serdeczność. Napotkany Amerykanin Chris zabiera go do centrum handlowego.
    - Kupił mi nowe wrotki za 150 dolarów! - ekscytuje się Krzysiek. - Inna Amerykanka podarowała mi kijki do nart, żeby było mi łatwiej jechać i jeszcze dopytywała, czy czegoś nie potrzebuję.
    Kiedy Dzienniak dociera do Chicago, spotyka lokalną dziennikarkę, która zaprasza go na nocleg. Następnego dnia kobieta porusza niebo i ziemię, i przez kilka dni chłopak udziela wywiadów w prasie i telewizji. Kolejne relacje w mediach bardzo pomagają. Coraz więcej ludzi go rozpoznaje. Pozdrawiają go, są bardzo życzliwi.
    - Kiedy jechałem wzdłuż torów, pociąg, który mnie właśnie minął, zatrzymał się i maszynista cofnął skład. Po czym wysiadł, dał mi 15 dolarów, życzył powodzenia i odjechał. Spotkało mnie mnóstwo takich ciepłych gestów - dodaje.

    Albo masz kontakty, albo jesteś głupi
    Jechał w deszczu, a innym razem z nieba lał się żar. - To była mocna walka z samym sobą: z kondycją, ale też z samotnością. Bo choć byłem wśród ludzi, podróżowałem sam - opowiada. Kiedy dostał kartę telefoniczną, w każdej wolnej chwili dzwonił do Microsoftu i zdawał relację, gdzie jest, czy ma co jeść i gdzie spać.
    - Kontaktowaliśmy się z Krzyśkiem przynajmniej raz w tygodniu, a jednocześnie cały czas załatwialiśmy mu wizytę w Stanach. Pod koniec jego wyprawy, już co parę dni dzwoniłem do europejskiej centrali w Monachium i do USA. Tam pomagał nam Ricardo, uroczy Meksykanin z centrali - opowiada rzecznik Microsoftu w Polsce. - Wspólnie udało się zorganizować Krzyśkowi spotkanie w amerykańskiej siedzibie firmy z wiceprezesem ds. działalności społecznej i zaprosić na nie media. Jeden z dziennikarzy powiedział Krzyśkowi zdumiony: "Albo masz takie kontakty, albo jesteś taki głupi" - śmieje się Bartłomiej Danek. - Rzeczywiście, Krzysiek miał wiele szczęścia. Chociaż my pomogliśmy mu się dostać do głównej siedziby, wyprawa tam to tylko jego zasługa. Jeszcze dziś, jak pomyślę, że sam przejechał na rolkach całe Stany, trudno mi w to uwierzyć. Ten chłopak zrobił kawał naprawdę dobrej roboty - dodaje.
    - Dostałem taką kwotę, jakiej potrzebowały dziewczynki. Pieniądze trafiły na konto fundacji Wioski Dziecięce S.O.S., która współpracuje z Microsoft w Polsce. Rodzice dziewczynek mogą tam zgłaszać aktualne potrzeby. A ja sam dostałem na pamiątkę album z dedykacją od Billa Gatesa - opowiada Krzysiek. - Napisał, że gratuluje mi wielkiego wyczynu i wspaniałego poświęcenia dla tak słusznej sprawy. Takiego człowieka musiało poruszyć tylko coś niekonwencjonalnego.

    Pomysł jak z filmu
    Na pomysł jechania na rolkach Krzysiek wpadł po obejrzeniu filmu "Forrest Gump". Jego obecna wyprawa nosi hasło "Polska historia". Tym razem Krzyśka zainspirował film "Prosta historia", w którym ojciec jedzie kosiarką do chorego syna. - Ale to nie jest reguła - śmieje się chłopak, który po udanej wyprawie do Stanów liczy na pomoc Jana Kulczyka. Dla Marty i Krzysia potrzebuje około 200 tys. złotych. Jeśli plan się powiedzie i najbogatszy Polak podaruje im te pieniądze, planuje odwiedzić Oprah Winfrey, która w Ameryce prowadzi słynne talk-show. Marzy, żeby stworzyć w Polsce specjalistyczny ośrodek dla niepełnosprawnych, kalekich osób.
    - Fajnie, że są ludzie, którzy mają kupę forsy i się nią dzielą. Ale trzeba ich jeszcze przydusić - uśmiecha się. - Dlatego w ciągu 6 lat chcę dotrzeć do 6 najbogatszych ludzi świata i prosić ich o pieniądze dla potrzebujących.
    Pytany, dlaczego to wszystko robi, Krzysiek przyznaje, że złości go negatywne nastawienie niektórych osób do jego pomysłów i uwagi w stylu: "Stary, masz nie po kolei głowie".
    - Tak mówią ci, co siedzą całe życie na kanapie z pilotem w ręku. Zmieńmy to nastawienie, bo ono nas zabije - przekonuje. - Ja chcę swoje życie przeżyć. Udowodnić, że można. I nieważne, czy jesteś z Brzegu, Michałowa czy Warszawy. To, co osiągniesz, zależy tylko od tego, ile najpierw sam z siebie dasz.

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Czytaj także

      Komentarze

      Forum tylko dla zalogowanych.

      Załóż konto / Zaloguj się

      Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      Warto zobaczyć

      Wideo