Miałem spłonąć w tej stodole

    Miałem spłonąć w tej stodole

    fot. Daniel Polak

    Nowa Trybuna Opolska

    Aktualizacja:

    Nowa Trybuna Opolska

    Stanisław Piecuch: - Ja też miałem tu leżeć. Życie zawdzięczam mądrości ojca...

    Stanisław Piecuch: - Ja też miałem tu leżeć. Życie zawdzięczam mądrości ojca... ©fot. Daniel Polak

    Szli na Zachód, do Andersa. Noc z 25 na 26 września 1946 spędzali na leśnej polanie w Barucie. Nigdy się nie obudzili.
    Stanisław Piecuch: - Ja też miałem tu leżeć. Życie zawdzięczam mądrości ojca...

    Stanisław Piecuch: - Ja też miałem tu leżeć. Życie zawdzięczam mądrości ojca... ©fot. Daniel Polak

    - Nie, nie. Nie będę o tym gadał - sędziwy Jerzy Karpiński do dziś niechętnie wspomina tragedię sprzed 61 lat. Milczenie nakazali mu komuniści, bo pracował wówczas w leśniczówce. Żołnierze zostali zamordowani 100 metrów od niej. Kim byli?

    Należeli do Narodowych Sił Zbrojnych, służyli w oddziale owianego legendą Henryka Flamego ps. Bartek.

    - To wielcy bohaterowie Podbeskidzia! - mówi z żarem w oczach Ryszard Radkiewicz, historyk amator z Bielska-Białej. W sobotę przyjechał do Baruta na uroczystości ku czci pomordowanych. - Wybierałem się tu od pięciu lat, kiedy usłyszałem o tej zbrodni w radiu.

    Król Podbeskidzia
    Henryk Flame, "Bartek", należał do NSZ od października 1944 roku. Gdy 12 lutego 1945 Armia Czerwona wkroczyła do jego rodzinnych Czechowic-Dziedzic, postanowił się ujawnić. Ale jednocześnie zachował konspiracyjne struktury swego oddziału. Wbrew woli części miejscowych komunistów został komendantem komisariatu Milicji Obywatelskiej, który obsadził swoimi ludźmi. Partyzanckimi metodami starali się zwalczać narzuconą przez Sowietów władzę. W kwietniu 1945, zagrożeni dekonspiracją, skryli się w lasach.

    - "Bartek" stworzył największe, liczące około 400 świetnie uzbrojonych żołnierzy, antykomunistyczne zgrupowanie na Śląsku Cieszyńskim. Czego oni nie wyprawiali z czerwonymi! - zachwyca się Ryszard Radkiewicz. - Najbardziej zagrali im na nosie 3 maja 1946 w Wiśle.

    Oddział "Bartka" zdobył uzdrowisko, sterroryzował przedstawicieli władzy ludowej i urządził imponującą, dwugodzinną defiladę oddziałów NSZ.

    - Cała antykomunistyczna partyzantka dowiedziała się o tym wydarzeniu. Nikomu innemu nie udało się coś takiego - opowiada Stanisław Piecuch, kombatant Armii Krajowej.

    Po defiladzie w Wiśle Henryk Flame zyskał przydomek Króla Podbeskidzia, jest tam wspominany do dziś.

    Miałem tu leżeć
    Stanisław Piecuch, jak setki młodych ludzi, chciał zbrojnie uwolnić Ojczyznę od czerwonej zarazy. Po wypędzeniu Niemców nie ujawnił komunistom swej przynależności do AK.

    - Po defiladzie w Wiśle wszyscy wierzyliśmy, że komuniści przegrają i wróci prawdziwa Polska - wspomina Piecuch. - Potem jednak konspiracja zaczęła się kurczyć i czerwoni coraz wyraźniej przejmowali inicjatywę.

    Wtedy kolega pana Stanisława przyszedł do niego z propozycją przedostania się na Zachód.

    - Bo święcie wierzyliśmy w trzecią wojnę światową i to, że armia generała Andersa wyzwoli kraj spod sowieckiej okupacji - tłumaczy. - Chciałem iść wraz z kolegą, ale sprzeciwił się mój ojciec.

    Piecuch senior przekonał syna, że państwom zachodnim nie można ufać, bo zdradziły Polskę w 1939 oraz sześć lat później w Jałcie. Niespełna 20-letni Stanisław początkowo nie chciał słuchać tych argumentów. W końcu jednak uległ namowom ojca.
    - Kolega, który mnie werbował, poszedł. Jego prochy skrywa polana Hubertus w Barucie. Ja też miałem tu leżeć. Życie zawdzięczam mądrości ojca...

    Śląski Katyń
    We wrześniu 1946 połowa zgrupowania "Bartka" podjęła próbę przedostania się na Zachód. Dziś wiadomo, że akcja była ubecką prowokacją. Do partyzantki przedostało się co najmniej kilku agentów komunistycznej władzy. Ale żołnierze do samego końca nie przypuszczali, jaki koniec ich czeka.

    "Ewakuacja" była przygotowana profesjonalnie - podkomendni "Bartka" przemierzali lasy, ale mieli do dyspozycji ciężarówki i liczyli, że szybko uda im się opuścić Ojczyznę. I że kiedyś wrócą jako wyzwoliciele.

    - 25 września o 22.30 przez Barut przejechała kolumna pięciu aut - opowiada Jerzy Karpiński, wtedy 15-letni pomocnik leśniczego. - Zaraz pobiegłem do matki powiedzieć, że coś się dzieje, bo tylu samochodów się u nas nie widywało. Ale ciężarówki przejechały, skręciły w las i tyleśmy je widzieli.

    Partyzanci zatrzymali się na polanie Hubertus, pośrodku której stała stodoła - miejsce ich noclegu. Rozstawili czujki i położyli się spać.

    Jerzy Karpiński: - Przed piątą nad ranem obudził mnie największy huk, jaki słyszałem w życiu. Coś wybuchło, ale co?

    To była sprawka Urzędu Bezpieczeństwa. Komuniści zwabili około dwustu żołnierzy NSZ do stodoły, pod którą wcześniej podłożyli ładunki wybuchowe i kanistry z benzyną. Przed świtem 26 września wszystko eksplodowało, w okamgnieniu zabijając niemal wszystkich żołnierzy.

    Nieliczni, którzy przeżyli, zostali dobici. Ciała ofiar spłonęły wraz ze stodołą.
    - To była największa taka zbrodnia na tych ziemiach. Straszna, tchórzowska i bezwzględna - uważa Stanisław Piecuch.

    Milczenie owiec
    Stodoła na polanie Hubertus służyła jako owczarnia. Wraz z nią znikło 200 ludzkich istnień oraz pamięć o nich.

    - Przesłuchiwali mnie kilka razy i na 40 lat wbili do głowy, żeby nikomu nie mówić, co tu się stało - opowiada Jerzy Karpiński.

    Do dzisiaj nie są znane dokładne okoliczności zbrodni w Barucie. Nigdy nie próbowano nawet ustalić sprawców, pozostali bezkarni. Ale pamięć o ofiarach przetrwała. W wolnej Polsce na polanie usypano kurhan, w którym spoczywają nieliczne odnalezione szczątki ofiar komunistycznego mordu. Nad kopcem wznosi się krzyż, przy którym w ostatnią sobotę września odprawiana jest doroczna msza i apel poległych.

    Sam "Bartek" nie zginął w Barucie, z resztą swoich ludzi pozostał na Podbeskidziu. 11 marca 1947 roku ujawnił się po ogłoszeniu przez komunistów amnestii. 1 grudnia został zastrzelony przez funkcjonariusza MO. Istnieje domniemanie, że wyrok wydał sam prezydent Bierut, rozsierdzony buńczuczną defiladą NSZ w Wiśle.

    Niebawem na Polanie Hubertus rozpoczną się prace, których celem będzie dokładne przebadanie terenu i odnalezienie szczątek żołnierzy NSZ, które zdaniem naukowców mogą tam spoczywać.

    - Nie wierzę, że znajdą cokolwiek. Oni wszyscy spłonęli w strasznej temperaturze. To było piekło przeznaczone także dla mnie... - zamyśla się Stanisław Piecuch.

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Czytaj także

      Komentarze (5)

      Forum tylko dla zalogowanych.

      Załóż konto / Zaloguj się
      Wszystkie komentarze (5) forum.nto.pl

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      Warto zobaczyć

      Wideo