Myśliwy zastrzelił w lesie jej psa

Myśliwy zastrzelił w lesie jej psa

fot. archiwum prywatne

Nowa Trybuna Opolska

Aktualizacja:

Nowa Trybuna Opolska

Napster zaskomlał i zniknął.

Napster zaskomlał i zniknął. ©fot. archiwum prywatne

Napster miał dwa lata, był łagodnym mieszańcem psa rasy husky. Spacerował po lesie z właścicielką, gdy został zastrzelony przez myśliwego.
Napster zaskomlał i zniknął.

Napster zaskomlał i zniknął. ©fot. archiwum prywatne

28 grudnia, po południu Anna Ścigaj i jej znajomy Janusz Florczak wybrali się na spacer do lasu koło Lipowej w gminie Dąbrowa Niemodlińska.

- Zwykle, gdy Ania i jej mąż przyjeżdżali, to szliśmy z psami na taki spacer - mówi pan Janusz. - W tym dniu początkowo mieliśmy psy na smyczy, potem spuściliśmy je. Psy Ani: owczarek i mieszaniec husky to psy bardzo łagodne. Z całej trójki najgroźniejszy był mój jamnik, choć najmniejszy. On funkcjonuje na zasadzie "nie widać, ale słychać".

Husky oraz owczarek niemiecki to psy szkolone, zadbane, miały na sobie obroże. Jamnik dodatkowo - kaganiec. - Tak nie wyglądają psy kłusujące czy zdziczałe - podkreśla pan Janusz.

Gdy grupa wracała ze spaceru, jamnik wybiegł do przodu w kierunku polany, pozostałe psy pobiegły za nim. Pani Ania rzuciła się w pościg, po drodze minęła zaparkowane auto, citroena berlingo.

W lesie słychać było jej krzyk. - Nawoływałam, by wróciły "do nogi". Miałam psy szkolone - wspomina właścicielka. Wtedy padł strzał.

- Przestraszyłam się, bo ten strzał padł bardzo blisko mnie. W tym czasie, gdy ktoś strzelał, owczarek do mnie już wracał. Husky nie, usłyszałam jego skowyt. Padły kolejne strzały. Skowyt ucichł - mówi pani Anna.
Zaczął zapadać zmierzch. Jamnika, skulonego i trzęsącego się ze strachu pan Janusz znalazł tuż przy polanie.

- Wiedziałem już, co się stało - że jeden z psów musiał być trafiony. Szybko poszedłem do domu po samochód, aby zawieźć nim rannego psa do weterynarza - mówi. - Ania szukała Napstera.

Myśliwy musiał widzieć
Mimo że było coraz ciemniej, pani Ania przez niemal godzinę przeszukiwała polanę: wykrzykiwała imię psa, płakała, znów krzyczała. Nie dostrzegła ulubieńca.
Obok polany stała myśliwska ambona.

- Nie zwróciłam początkowo na to uwagi, nie sądziłam, że ktoś może mnie obserwować, nie reaguje na to, co się dzieje - opowiada właścicielka psów.
Po nieudanych poszukiwaniach psa pan Janusz zadzwonił do straży leśnej, od strażnika dowiedział się, że w tym czasie w lesie polował tylko jeden myśliwy, właściciel właśnie tego berlingo, którego mijali po drodze.

- Zadzwoniliśmy do niego i poprosiliśmy o spotkanie. Myśliwy początkowo odmawiał, w końcu zgodził się podejść do swego auta - wspomina pan Janusz.
- Prawdopodobnie przez cały czas obserwował mnie, ale nie wyszedł. Dlaczego? - dziwi się pani Anna. - A gdy już przez telefon namówiliśmy go do spotkania, to stwierdził, że owszem, strzelał, ale nie do psa, tylko do dzika. Powiedział też, że gdyby widział psa, to też by do niego strzelał, bo ma takie prawo. Poprosiłam, aby zabrał mnie w miejsce, gdzie strzelił do "dzika". Odmówił.

Na nic zdały się błagania. - Odszedł, wcześniej jeszcze powiedział coś w stylu: "Nie ma ciała, nie ma dowodu" - wspomina pani Anna.

Krew i sierść
Zapadła już noc, dalsze poszukiwania nie miały sensu. Ale następnego dnia o świcie, kobieta wróciła do lasu wraz z mężem. Gdy doszli do miejsca, gdzie kilka godzin wcześniej stało zaparkowane berlingo, znaleźli... zakrwawiony sznurek z rączką, używany zwykle przez myśliwych do ciągnięcia lub niesienia upolowanej zwierzyny.

- Tyle że na sznurku nie było sierści dzika, ale sierść mojego psa! - mówi pani Anna. - Wezwaliśmy straż leśną, strażnicy przyznali, że to włosy psa, a nie dzikiej zwierzyny. Mąż robił zdjęcia.
Sfotografował sznur, krew, czerwony ślad ciągniętych zwłok, jasną sierść, taką samą, jaką miał Napster. - Ślady krwi znaleźlismy w wysokich trawach, w miejscu, obok którego wcześniej przechodziłam, ale głębiej nie zaglądałam. Domyślamy się, że właśnie tam pies został dobity. - mówi pani Anna. - Według mnie, myśliwy zamiast do dzików strzelił do mego psa. Potem nie przyznał się do tego, wiedząc, że działał bezprawnie. A po moim odejściu w nocy zaciągnął ciało psa do samochodu i gdzieś wywiózł, zakopał... Bo przecież "nie ma ciała, nie ma sprawy".

Myśliwy, pan Erwin, nie chce rozmawiać. Od paru dni ma wyłączoną komórkę, nie ma go w domu. Ponoć wyjechał do Niemiec.

To, że polował w tym czasie, jest odnotowane w księdze polowań. Utrzymuje, że nie widział żadnych psów, nie strzelał do nich.
Janusz Florczak po tym zdarzeniu przez parę dni nie wychodził ze swym jamnikiem na spacer w kierunku lasu, nie chciał, by jego ulubieńca spotkała los Napstera.
- Jednak ostatnio znów zacząłem spacerować - mówi. - Przecież nie łamię prawa, bo pies jest stale pod moją opieką, na dodatek w kagańcu. To myśliwy dokonał przestępstwa. Nie należy się uginać pod takim bezprawiem.

Powinien mieć pewność
Z treści art 33 ustawy z dn. 21 sierpnia 1997 o ochronie zwierząt wynika, że zwalczane (czyli zabijane) w lesie mogą być jedynie takie psy, które wykazują oznaki zdziczenia i przebywają na terenach obwodów łowieckich bez opieki i dozoru człowieka, w odległości większej niż 200 metrów od zabudowań mieszkalnych, stanowiąc zagrożenie dla zwierząt dziko żyjących.

- Każdy z naszych myśliwych wie, że może strzelać do dostrzeżonego przez siebie psa, jeśli ma pewność, że pies jest dziki, a więc na przykład: zwierzę nie ma obroży na karku, ma skołtunioną sierść, nie słychać w lesie nawoływań psa, a w szczególności pies zagraża zwierzynie łownej - mówi Jan Kowalski z Zarządu Okręgu Polskiego Związku Łowieckiego w Opolu. Działacze PZŁ w Opolu wyrażają ubolewanie z powodu zdarzenia: - Na wniosek poszkodowanych sprawę rozpatrzy rzecznik dyscyplinarny - mówi Kowalski. - Formę zadośćuczynienia określi orzeczenie rzecznika dyscyplinarnego lub sądu łowieckiego. Muszę podkreślić, że myśliwi nie strzelają do psów dla swego widzimisię, powodem jest konieczność zwalczania kłusujących, zdziczałych psów i kotów zagrażających populacji zwierzyny łownej.

W ubiegłym roku myśliwi odnotowali w lasach całego województwa ponad tysiąc psów biegających samopas. Ponad połowa z nich wyglądała - według myśliwych - na zdziczałe.

Właściciele Napstera złożyli w komisariacie policji w Niemodlinie zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa. - Otrzymaliśmy już ze straży leśnej zabezpieczone przez nich dowody - mówi Andrzej Stasikiewicz, kierownik referatu kryminalnego niemodlińskiej policji. - Ponieważ zgłaszająca nie mieszka na naszym terenie, do komisariatu w miejscu jej zamieszkania przesłaliśmy wniosek o przesłuchanie poszkodowanej. Po tym przesłuchaniu będzie można podjąć dalsze czynności. Ale sprawa może być trudna do udowodnienia, bo nie znaleziono ciała psa.

Według Jana Kowalskiego z opolskiego PZŁ skargi na myśliwych strzelających do psów są sporadyczne. W ubiegłym roku - tylko jedna. W ubiegłym roku jeden myśliwy z terenu Okręgu PZŁ został też ukarany przez sąd łowiecki za nieuzasadnione zastrzelenie psa. Kara - zawieszenie na trzy lata w prawach członka PZŁ.

Komentarze (258)

Wszystkie komentarze (258) forum.nto.pl

Najnowsze wiadomości

Zobacz więcej

Najczęściej czytane

Warto zobaczyć

Wideo