Mitologia piekła. 70 lat temu zaczęła się historia obozu...

    Mitologia piekła. 70 lat temu zaczęła się historia obozu Auschwitz

    fot. Archiwum

    Nowa Trybuna Opolska

    Aktualizacja:

    Nowa Trybuna Opolska

    Pierwsza grupa Polaków, która została przywieziona do KL Auschwitz 14 czerwca 1940.

    Pierwsza grupa Polaków, która została przywieziona do KL Auschwitz 14 czerwca 1940. ©fot. Archiwum

    Pierwszy transport więźniów liczył 728 więźniów. Około 220 udało się doczekać końca wojny.
    Pierwsza grupa Polaków, która została przywieziona do KL Auschwitz 14 czerwca 1940.

    Pierwsza grupa Polaków, która została przywieziona do KL Auschwitz 14 czerwca 1940. ©fot. Archiwum

    Za pierwszy dzień funkcjonowania obozu koncentracyjnego Auschwitz powszechnie uznawany jest 14 czerwca 1940 roku. Już tutaj kryje się pewna nieścisłość: w poniedziałek obchodziliśmy bowiem 70. rocznicę pierwszego polskiego transportu, w którym z Tarnowa przyjechało do funkcjonującego już obozu w Oświęcimiu 728 Polaków. Byli to głównie młodzi ludzie, członkowie podziemnych organizacji niepodległościowych, żołnierze kampanii wrześniowej 1939 roku, którzy próbowali przedrzeć się na Węgry, a także niewielka grupa Żydów.

    Nowo przybyli otrzymali numery zaczynające się od 31, ponieważ już 20 maja do byłych koszar artyleryjskich w Oświęcimiu przywieziono grupę 30 niemieckich kryminalistów, odbywających karę w obozie koncentracyjnym Sachsenhausen.
    "Parszywa trzydziestka" bezwzględnych i zwyrodniałych przestępców otrzymała pierwsze numery, a zaraz potem pod okiem esesmanów zajęła się organizowaniem zrębów obozu Auschwitz. Więźniowie z Niemiec stanowili grupę obozowych kapo, gorliwych i bezwzględnych pomagierów SS, utrzymujących dyscyplinę w obozie.

    To właśnie oni zajęli się tzw. kwarantanną 728 Polaków, dostarczonych do Auschwitz z Tarnowa 14 czerwca 1940. Kierownik obozu Karl Fritzsch oświadczył na wstępie zaszczutym przez owczarki niemieckie więźniom, że "jeśli są w transporcie Żydzi, to mają prawo żyć nie dłużej niż dwa tygodnie, księża miesiąc, reszta trzy miesiące".

    Każdy walczył o siebie
    We wspomnieniach więźniów Auschwitz, którym udało się przeżyć obóz, można przeczytać sporo na temat ruchu oporu oraz walki toczonej tam przez więźniów o godność. Przez długie lata, głównie za sprawą heroizmu św. Maksymiliana Kolbe, który oddał życie, by ratować współwięźnia, kształtował się mit Auschwitz jako miejsca, w którym na porządku dziennym była pomoc, świadczona sobie wzajemnie przez stłoczonych za kolczastymi drutami nieszczęśników, troszczących się o współtowarzyszy niedoli.

    - W Auschwitz powszechne było cierpienie i głód, a nie ruch oporu i przemyśliwanie, jak by tu swoim kawałkiem chleba podzielić się z innymi. Taki obraz jest nieprawdziwy - mówi dr Piotr Setkiewicz, kierownik działu naukowego Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu. - W obozie trzeba było myśleć głównie o sobie, bo to była jedyna szansa na przetrwanie.

    Należy pamiętać, iż więźniowie byli budzeni wczesnym rankiem i od razu bici, a następnie poddawani całodniowym męczarniom. Już podczas "kwarantanny" w tumanach kurzu, bez kropli wody musieli godzinami wykonywać na komendę polecenia "padnij", "powstań", "skacz żabkę", "czołgaj się" itp. Wszystko to trzeba było robić w niedopasowanych drewniakach, co rano wkładanych na poranione do kości stopy. Kto opadał z sił, był kopany i bity, a jeśli nadal odmawiał żwawego wykonywania poleceń Niemców - uśmiercany.

    Po takich doświadczeniach, które i tak często były łatwiejsze do zniesienia niż nieludzka praca w upale, deszczu lub na mrozie, w obozie częściej walczono o kawałek chleba, niż się nim dzielono. Terror esesmanów i kapo oraz powszechny głód powodował, że najniższe instynkty górowały nad szlachetnymi gestami.

    Mimo to znajdowali się ludzie, którzy w Auschwitz potrafili myśleć o innych jak ojciec Kolbe czy rotmistrz Witold Pilecki, ochotnik do Auschwitz, który dał się Niemcom złapać w Warszawie 19 września 1940, by trafić do Oświęcimia i poznać od wewnątrz sytuację w obozie. Stworzył tam więzienny ruch oporu, słał na zewnątrz meldunki do przełożonych z AK, a po brawurowej ucieczce w nocy z 26 na 27 kwietnia 1942 napisał pierwszy pełny raport, dzięki któremu świat dowiedział się o tragicznej sytuacji ludzi więzionych i mordowanych w Auschwitz.

    Nie robili mydła z ludzi
    W wielu opowieściach, także w literaturze popularnonaukowej, znaleźć można wzmianki o mydle produkowanym rzekomo w oświęcimskim obozie z ludzkiego tłuszczu. - To nieprawda - informuje Piotr Setkiewicz, ale jednocześnie wyjaśnia, skąd mógł wziąć się taki mit. Zdaniem naukowca można to wytłumaczyć przebiegiem procedury przyjęcia do obozu nowych więźniów, którym odbierano wszystkie rzeczy osobiste, w tym kosmetyki i mydło. Jego kostki wrzucano następnie do ogromnych drewnianych balii i rozpuszczano w wodzie, pozwalając więźniom na kąpiel. A że znajdowały się tam mydliny przeróżnych rodzajów i zapachów - od najprostszego szarego mydła po to, jakiego używają wytworne elegantki, widok nie był zbyt zachęcający.

    - I możliwe, że komuś z więźniów skojarzył się on z ludzkim tłuszczem rozpuszczanym w wodzie - wyjaśnia dr Setkiewicz. Hitlerowcy prowadzili zresztą badania nad możliwością produkcji mydła z ludzi. Te przerażające eksperymenty nie były jednak dziełem słynnego dra Mengele w Auschwitz ani żadnego z jego pomocników. Prowadził je prof. Rudolf Maria Spanner z Instytutu Anatomii Akademii Medycznej w Gdańsku, co opisała Zofia Nałkowska w "Medalionach".

    Jednak także w Auschwitz ludzki tłuszcz wytapiany z palonych ciał nie był zupełnie bezużyteczny. Zmarły w czerwcu 2008 roku Henryk Mandelbaum, ostatni żyjący w Polsce więzień Sonderkommando (grupy żydowskich więźniów zmuszonych przez esesmanów do pracy bezpośrednio przy zagładzie, a potem przy likwidacji śladów zbrodni), opowiadał, że gdy zwłoki ofiar nie mieściły się już w krematoriach, wrzucano je do ogromnych dołów spaleniskowych.

    - Latem i jesienią 1944 w Birkenau uśmiercano do 10 tysięcy Żydów dziennie. Krematoria nie miały takiej wydajności. - Dlatego musieliśmy je wrzucać do wielkich wykopów. Żeby podsycić ogień, oblewaliśmy ciała wytapiającym się ludzkim tłuszczem. To przyspieszało robotę - opowiadał pan Henryk.

    Piece każdego z pięciu krematoriów działających w Birkenau od marca 1942 do 28 listopada 1944 mogły jednorazowo spalać od kilkudziesięciu do kilkuset ciał. Konstrukcja pieców uniemożliwiała jednak palenie ludzi żywcem, chociaż można o tym przeczytać w niejednej publikacji popularnonaukowej. - Wiadomo o zaledwie jednym przypadku spalenia żywego człowieka w piecu krematoryjnym - mówi dr Piotr Setkiewicz.
    Zdarzenie to miało miejsce 7 października 1944 roku, podczas największego buntu więźniów Sonderkommanda. Jego członkowie, podejrzewając, że hitlerowcy w celu zatarcia śladów i likwidacji świadków ludobójstwa zamordują tych, których rękami dokonali swych zbrodni, postanowili się bronić. Na początku buntu zaatakowali członków esesmańskiej załogi obozu i jednego z Niemców po ogłuszeniu, jeszcze żywego wrzucili do czynnego pieca krematoryjnego.

    Poza tym palono tam jednak wyłącznie zwłoki ludzi zagazowanych cyklonem B.- Istnieją jednak relacje byłych więźniów, że zdarzało się, iż do dołów spaleniskowych wrzucano żywe dzieci. Nie ma dowodów stwierdzających, czy tak było na pewno, lecz nie sposób też jednoznacznie tego wykluczyć - tłumaczy Piotr Setkiewicz.

    Jedzenie za diamenty
    Kolejnym mitem na temat Auschwitz jest opowieść, jakoby bogaci Żydzi mogli zapewnić sobie w obozie w miarę dostatnie życie, a przynajmniej jedzenie w zamian za diamenty i inne kosztowności. Ani w tym, ani w żadnym innym obozie nie było to możliwe, gdyż każdy, kto przekraczał bramę, był pozbawiany wszystkich rzeczy osobistych, a szczególnie pieniędzy i kosztowności. Bywało, że ofiarom przed skierowaniem do baraków wyrywano złote zęby, więc o pozostawieniu sobie jakichkolwiek wartościowych rzeczy nie było mowy.

    I ten mit ma jednak pewne podstawy, chociaż - jak zwykle - wynika z pomieszania pewnych faktów. W czasie II wojny światowej zdarzało się bowiem, że doprowadzeni do ostateczności Żydzi płacili złotem i diamentami za jedzenie.
    - Takie sytuacje miały jednak miejsce w gettach. Podczas gdy biedota umierała na ulicach, bogaci Żydzi robili, co mogli, by przetrwać - opowiada naukowiec z muzeum Auschwitz.

    - Natomiast w samym obozie istniało komando więźniarskie, zwane "Kanadą", którego członkowie mieli za zadanie przeszukiwać rzeczy Żydów przywiezionych na zagładę i dostarczać Niemcom wszystko, co przedstawiało jakąkolwiek wartość: od ubrań po diamenty. I ci więźniowie rzeczywiście w ramach obozu i w ograniczonym zakresie mieli pewne możliwości handlowe.

    Połączenie tych dwóch faktów: o bogatych Żydach z getta płacących diamentami za pożywienie oraz więźniach "Kanady" handlujących z resztą obozu zrodziło pozbawiony podstaw mit, że bogaci Żydzi mieli w obozie lepiej niż biedni. Tymczasem w Auschwitz głodowali wszyscy, przy czym Żydów poddawano dodatkowo masowej i planowej zagładzie.

    Puff - wstydliwy temat
    Przez dziesiątki lat po wojnie w Polsce nie podejmowano tematu obozowego domu publicznego w Auschwitz, uważając to za niestosowne wobec masowości zbrodni, jakiej tu dokonano (ogólna liczba ofiar obozu szacowana jest dziś na 1,1 mln ludzi). Teraz powoli to się zmienia i wiedza na temat tzw. puffu staje się coraz powszechniejsza. Ten przybytek mieścił się w bloku 24, nieopodal słynnej bramy z napisem "Arbeit macht frei". Utworzono go w sierpniu 1943 roku, zatrudniając ok. 20 kobiet. W porównaniu z innymi więźniarkami miały one lepsze wyżywienie i warunki życia.

    Obozowy dom publiczny był częścią realizowanego przez SS systemu motywującego więźniów do wydajniejszej pracy, określanego słowami "Frauen, Fressen, Freiheit" - kobiety, żarcie, wolność. W ramach tego programu najbardziej pracowici i posłuszni więźniowie, głównie funkcyjni pomagierzy oprawców, mieli prawo m.in. do częstszej korespondencji i wizyt w obozowym domu publicznym.

    Pracujące tam kobiety zgłaszały się dobrowolnie, kuszone lepszymi racjami żywnościowymi. A z zachowanych relacji wynika, że nim przystąpiły do pracy, pozbawiano je zdolności rozrodczych. Każda z kobiet miała obowiązek przyjąć dziennie czterech gości latem, natomiast zimą o jednego więcej. Puff otwierano po wieczornym apelu, zaś "sesja" trwała 20 minut i rozpoczynała się na dźwięk dzwonka, podobnego do stosowanych w szkołach. Drzwi do pokoi miały zamontowane wizjery, przez które esesmani mogli sprawdzać, czy wszystko odbywa się zgodnie z procedurą - dozwolona była bowiem jedynie klasyczna pozycja misjonarska.

    Żydzi nie mieli wstępu do puffu, natomiast więźniowie nie będący Niemcami bywali tam bardzo rzadko. Zachowane w oświęcimskim archiwum wspomnienie Władysława Fejkiela, więźnia pracującego w obozowym szpitalu, głosi, że "i na tym odcinku Niemcy przestrzegali przepisów rasowych. Swoich obywateli zmuszali do obcowania z tłustymi niemieckimi blondynkami, a ciemne i zgrabne dziewczęta zostawiano do dyspozycji obywateli ras niższych".

    Żadna z kobiet pracujących w obozowym puffie nie zgodziła się opowiedzieć o swoich przeżyciach. - Wiedza na ten temat zawarta we wspomnieniach innych więźniów jest przedmiotem coraz większego zainteresowania, głównie za sprawą opisujących te kwestie publikacji, które ukazały się na Zachodzie - mówi dr Piotr Setkiewicz.



    Czytaj e-wydanie »

    Czytaj także

      Komentarze (9)

      Forum tylko dla zalogowanych.

      Załóż konto / Zaloguj się
      Wszystkie komentarze (9) forum.nto.pl

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      Warto zobaczyć

      Wideo