Moje Kresy. Łuck - stolica Wołynia

    Moje Kresy. Łuck - stolica Wołynia

    Archiwum prtywatne

    Nowa Trybuna Opolska

    Aktualizacja:

    Nowa Trybuna Opolska

    Wjazd do Urzędu  Wojewódzkiego w Łucku. Rok 1930.

    Wjazd do Urzędu Wojewódzkiego w Łucku. Rok 1930. ©Archiwum prtywatne

    Łuck leży w sercu Wołynia i jest najstarszym miastem tej historycznej dzielnicy.
    Wjazd do Urzędu  Wojewódzkiego w Łucku. Rok 1930.

    Wjazd do Urzędu Wojewódzkiego w Łucku. Rok 1930. ©Archiwum prtywatne

    Niektórzy kronikarze dopatrywali się jego początków już w VII w., co - jak na tę część Europy - można uważać za fantazję. Archeolodzy twierdzą, że dowody na istnienie tam osady pochodzą z XI w., gdy Wołyń znajdował się w granicach Rusi Kijowskiej.

    Nazwa miasta też budzi wśród badaczy kontrowersje. Jedni uważają, że pochodzi od plemienia Łuczan, które żyło w tej okolicy. Drudzy - że od zakola rzeki Styr, która w tym miejscu leniwie skręca, tworząc wielki łuk. Ukraińcy są skłonni przyjąć domniemanie, że nazwa Łuck pochodzi od staroruskiego słowa łuka - łąka, bo wokół rozciągają się niskie, wilgotne, bogate w wysokie trawy i zielska łąki.

    Zamek Lubarta

    Budowniczowie Łucka, wybierając miejsce na siedzibę warownego grodu, wzięli pod uwagę otoczenie: ciągnące się po horyzont bagniste łąki, gdzie nie rosły wysokie drzewa, zakole rzeki i wąski przesmyk od północy, który można było łatwo zaryglować w momencie ataku najeźdźców. Zresztą i z tej strony, chcąc podnieść niedostępność warowni, pogłębiono prastarą odnogę Styru nazwaną Głuszcem, dzięki czemu wody i bagna otaczały dookoła dawny Łuck wraz z zamkiem, który kubaturowo był najpotężniejszy na Wołyniu.

    Zamek do dziś robi wrażenie, bo zachował się w bardzo dobrym stanie. Przez wieki był miejscem częstych, wręcz szekspirowskich dramatów. Panujący w nim książęta ruscy, litewscy, polscy, węgierscy; plądrujący jego komnaty Tatarzy, Kozacy, Wołosi byli bezwzględni i często okrutni. Aby opanować to miejsce, uciekali się do napadów, inwazji, podstępów; posługiwali się skrytobójcami, trucicielami. Stąd warownia w ciągu wieków często zmieniała właścicieli. Trudno ich doprawdy zliczyć.

    Kilku z nich o mocnych indywidualnościach wprowadziło Łuck do historii Europy. Na pierwszy plan wysunął się litewski książę Lubart, syn Giedymina, który panował w Łucku kilkanaście lat w połowie XIV w. i wzniósł tam potężny murowany, z dobrze wypalonej cegły zamek. Wzorował się na warowniach krzyżackich. W tym celu wyprawił się nawet do Malborka, aby się osobiście przyjrzeć, jak zaprojektowano tamtejszy kasztel, uchodzący za twierdzę nie do zdobycia.

    Niewątpliwie książę Lubart był wizjonerem i sprawnym organizatorem. Mimo że po nim w zamku łuckim rezydowało wielu władców, m.in. bracia Jagiełły - Witold i Świdrygiełło, nosi on do dziś nazwę "zamek Lubarta" i jest znakiem rozpoznawczym miasta. Główna brama wjazdowa, przykryta wysoką wieżą zakończoną sękatymi krenelażami, też nosi imię Lubarta. On bowiem dał Łuckowi prawdziwy blask stołeczności. W obrębie obszernego dziedzińca zamkowego wzniósł imponującą katedrę prawosławną.

    Był władcą pomysłowym, kreatywnym, silnym i nie dał się poskromić królowi Kazimierzowi Wielkiemu, który musiał zawrzeć z nim pokój w 1366 r. na partnerskich zasadach. Był w rzeczywistości księciem suwerennym. Nikt po nim nie zaznaczył się tak wyraziście w dziejach miasta. Może tylko jeszcze książę Witold, który starał się, aby Łuck był drugim Wilnem.

    Zjazd monarchów Europy

    W 1429 r. w Łucku doszło do sławnego zjazdu władców europejskich, co było wówczas wydarzeniem bez precedensu. Wobec wzrostu potęgi Turcji, która z roku na rok stawała się hegemonem, zagrażała coraz to większym połaciom południowej Europy i niosła z sobą islam, zaniepokojeni monarchowie oraz książęta Kościoła postanowili odbyć wspólną naradę.

    Cel - jak zaradzić muzułmańskiemu zagrożeniu. Dziś nazwalibyśmy to konferencją bezpieczeństwa europejskiego. Na miejsce tego spotkania wybrano właśnie Łuck. Gospodarzami i organizatorami zjazdu byli król Polski Władysław Jagiełło z żoną Zofią i wielki książę litewski Witold.

    Trudno wymienić wszystkich władców europejskich, którzy zjechali wówczas do Łucka. Byli wśród nich m.in. cesarz niemiecki Zygmunt Luksemburski w otoczeniu książąt Rzeszy niemieckiej i magnatów węgierskich, chorwackich, czeskich, austriackich; wielki książę moskiewski Wasyl z podległymi mu książętami: twerskim, riazańskim i odojewskim; metropolita moskiewski Focjusz; król duński Eryk; hospodar mołdawski Aleksander Dobry; chanowie tatarscy: perekopski, wołżański i doński; książęta mazowieccy; Piastowie legniccy i brzescy; książęta pomorscy; wielki mistrz zakonu inflanckiego z Królewca; delegaci wielkiego mistrza krzyżackiego z Malborka; legat papieski; posłowie cesarza Jana Paleologa oraz elita polskiej i litewskiej magnaterii, senatorowie, a także wyższe duchowieństwo z prymasem Polski Wojciechem Jastrzębcem i biskupem Zbigniewem Oleśnickim na czele.

    Było to rzeczywiście wydarzenie i dowód atrakcyjności miejsca. Bo jak wytłumaczyć fakt, że na takie dalekie peryferie ówczesnej Europy zjechało tylu znakomitych gości. Wyobraźmy sobie, jak trudno było tam dotrzeć. Od północy trzeba było przebić się przez błota poleskie.

    Obrady trwały przez siedem tygodni. Całe miasto z rozległym podgrodziem zapełniło się namiotami dla licznych gości. W wolnych od obrad chwilach odbywały się turnieje i gonitwy konne, organizowano bale i łowy. Kronikarz Stryjkowski pisze, że w tym czasie codziennie zjadano 700 wołów, 1400 baranów, 100 żubrów i łosi, a wypijano 700 beczek miodu, wina i piwa.

    Liczby te może są przesadzone, ale na pewno tam nie poszczono. Zjazd był wielkim wydarzeniem i odbił się szerokim echem w Europie. Gdyby szukać analogii, to następny tych rozmiarów zjazd monarchów europejskich odbył się w Wiedniu w 1815 r. po wojnach napoleońskich i dostał też przydomek "tańczącego kongresu", bo przy okazji obrad szampańsko się bawiono.

    Wołyński Rzym

    W Łucku na przestrzeni kilku wieków, głównie w czasach, gdy znajdował się w granicach I Rzeczypospolitej, wybudowano 19 cerkwi, 2 kościoły katolickie, 1 ormiański, luterańską kirchę, karaimską kenesę, dużą, o walorach obronnych synagogę oraz pałac władyków (biskupów unickich). Było tam w sumie 6 klasztorów, bardzo liczna społeczność żydowska, mająca oprócz synagogi kilka małych bożnic. Obfitość świątyń i zdobiących je wież, obecność dwóch, a w XVII w. trzech biskupów różnych wyznań powodowała, że Łuck nazywano "Rzymem Wołynia".

    Swą stołeczność stracił Łuck po rozbiorach Polski. Rosjanie zepchnęli go na pozycję prowincji, przenosząc stolicę guberni wołyńskiej do Żytomierza. Pokasowano klasztory, poprzenoszono siedziby biskupie. Tracąc w XIX w. znaczenie polityczne i administracyjne, Łuck odgrywał w Rosji ważną rolę militarną, bo lokowano tam głównie w zabudowaniach zamkniętych klasztorów liczne oddziały wojskowe. W czasie wojen napoleońskich stacjonowała tam armia księcia Bagrationa.

    W latach 1816-1831 przyjeżdżał tam regularnie z Warszawy na coroczne defilady i przeglądy wojsk wielki książę Konstanty. I tak było prawie przez 100 lat, aż do roku 1915, gdy Łuck szturmem zdobyli Austriacy, odrzucając Rosjan daleko za Styr. Rok później Rosjanie wzięli na Austriakach krwawy odwet. Broniąca miasta 4. armia austriacka po trzydniowej ofensywie gen. Briusiłowa w dniach 4-7 czerwca 1916 r. została rozgromiona. Straciła 40 tys. żołnierzy, a Rosjan poległo "tylko" 6 tys.

    Była to jedna z większych bitew I wojny światowej na froncie wschodnim. I trudno przewidzieć, czym by się to skończyło, gdyby nie wybuch rewolucji w Rosji, która na pewien czas bardzo poważnie osłabiła imperium rosyjskie.

    Następnie Łuck zajęli Ukraińcy pod dowództwem atamana Semena Petlury, po nim legioniści Piłsudskiego, później bolszewicy i armia konna Budionnego. Aż wreszcie pod koniec 1920 r. miasto weszło w skład II Rzeczypospolitej, stając się stolicą województwa wołyńskiego.

    Eksperyment wojewody Józewskiego

    Łuck wyszedł z niewoli rosyjskiej po wojnach 1914-1920 bardzo okaleczony, z opinią brudnego, zapyziałego miasteczka garnizonowego, wypranego z inteligencji. Miał około 30 tys. mieszkańców, fatalne drogi dookoła i, jak na stolicę jednego z 16 województw II Rzeczypospolitej, nie był atrakcyjny. Nie miał takiego powabu i magnetycznej siły jak Lwów, Wilno czy Poznań.

    Zostać tam wojewodą, opuścić salony warszawskie to dla liczącego się polityka oznaczało zesłanie, popadnięcie w niełaskę u dumnej muzy historii Klio. Jednak gdy wojewodą w 1928 r. został tam Henryk Józewski (1892-1981), bliski człowiek Piłsudskiego, były szef gabinetu premiera, o Łucku zaczęło być w Polsce głośno. Mówiono nawet o "eksperymencie wołyńskim", studiowano jego program i zasady ideowe. Mamy tu klasyczny przykład wpływu jednostki na historię i co może zrobić utalentowany polityk.

    Henryk Józewski urodził się w Kijowie w czasach, gdy miasto to miało liczną kolonię polską. W elicie kijowskiej, wśród profesorów uniwersytetu, artystów, prawników, lekarzy, przedsiębiorców i bogatego ziemiaństwa, były setki Polaków.

    Do tej elity należał też inżynier Walery Józewski, ojciec przyszłego wojewody łuckiego. Przybył tam z Krakowa za pracą, którą znalazł przy budowie młynów. Był malarzem amatorem, znawcą i namiętnym kolekcjonerem obrazów. Jego syn Henryk te pasje i talenty odziedziczył. Z pewnością zostałby też malarzem, bo ciągle myślał o studiach plastycznych, gdyby nie wplątał się w politykę i gdyby na swojej drodze nie spotkał Józefa Piłsudskiego i jego najbliższych przyjaciół, zwłaszcza Walerego Sławka.

    Rozmiar artykułu nie pozwala mi wejść głębiej w ciekawą biografię Józewskiego. W każdym razie, gdy Piłsudski polecił mu udać się do Łucka i objąć stanowisko wojewody wołyńskiego, był w Warszawie politykiem znanym, o dużych możliwościach. Jako wybitny znawca zagadnień wschodnich i ekspert w sprawach ukraińskich, otrzymał zadanie zgasić na Wołyniu narastający tam antagonizm polsko-ukraiński.

    Nie było to łatwe, gdyż Polacy byli tam w mniejszości, było ich tylko 14%. Mieli władzę, ale Ukraińcy, dopominając się jeśli nie niepodległości, to przynajmniej suwerenności i autonomii, czuli się zmarginalizowani. Wołyń od wschodu graniczył z Rosją bolszewicką i tuż za granicą stały nadajniki sowieckich rozgłośni, przez które płynęły szeroką falą audycje w języku ukraińskim i ostra propaganda antypolska, która znajdowała akceptację nie tylko wśród inteligentów ukraińskich, ale i u chłopstwa.

    Łuck, pobliski Ostróg, Równe i Sarny były na bezpośrednim styku bardzo ostrej walki ideologicznej.
    Józewski, który wyrósł na ideologii federacyjno-prometejskiej Józefa Piłsudskiego, uważał, że na Wołyniu, gdzie jego zdaniem nacjonalizm ukraiński nie był tak mocny jak na Podolu, Pokuciu i we Lwowie, możliwe jest wygaszenie antagonizmów polsko-ukraińskich i stworzenie tam enklawy wzorowej współpracy Polaków i Ukraińców, co miało być w przyszłości przykładem dla innych kresowych województw, zwłaszcza lwowskiego i podolskiego.

    Zaproponował tzw. eksperyment wołyński, w ramach którego państwo polskie miało popierać wszelkie organizacje ukraińskie, które akceptowały porządek prawny II Rzeczypospolitej i dążyły do zbliżenia obu narodów. Odwoływał się do ideologii Polski Jagiellońskiej - ojczyzny wielu narodów - oraz do współpracy marszałka Piłsudskiego z ukraińskim atamanem Petlurą w czasie wojny z bolszewikami o Kijów w 1920 r. Józewski twierdził, że należy tworzyć jak najwięcej szkół, w których obok polskiego, jako języka głównego, musi być język ukraiński. Twierdził, że należy podnieść oświatę i kulturę na Wołyniu, nie żałować pieniędzy na edukację, na teatr, wydawnictwa, sport i rekreację, rozwijać czytelnictwo, wspomagać rozwój zespołów artystycznych. Nie bać się sprzedawania ziemi chłopom ukraińskim, którzy akceptują porządek prawny Polski.

    Jako polityk o duszy artysty opiekował się prasą wołyńską, wspomagał bardzo interesującą grupę poetycką o nazwie "Wołyń", którą tworzyli wybitni później pisarze i poeci: Józef Łobodowski, Czesław Janczarski, Jan Śpiewak, Wacław Iwaniuk i Władysław Milczarek. Spowodował zaraz na początku swego wojewodowania w Łucku przeniesienie z Warszawy redakcji "Ukraińskiej Nywy" - pisma, wokół którego skupiała się inteligencja ukraińska o nastawieniu propolskim. Redaktor naczelny "Ukraińskiej Nywy" Petro Pewnyj i jego współpracownicy, Stepan Skrypnyk i Sehryj Tymoszenko byli zaprzyjaźnieni z Józewskim, wywodzili się z kręgu emigracyjnego propolskiego przywódcy Ukrainy Semena Petlury.

    Duże wsparcie otrzymał Józewski od Antoniego Hermaszewskiego, stryja przyszłego pierwszego polskiego kosmonauty. Hermaszewski wydawał pismo dwujęzyczne "Młoda Wieś - Mołode Seło" oraz publikował artykuły w "Przeglądzie Wołyńskim" i tygodniku "Wołyń", gdzie głosił poglądy osadzone mocno w koncepcjach wojewody wołyńskiego.

    Szukając gdzie tylko można porozumienia z propolskimi nurtami wśród Ukraińców, jednocześnie Józewski mocno, a czasem represyjnie zwalczał te organizacje ukraińskie, które nie uznawały prawnego porządku II RP i były wrogie państwu polskiemu. Polecił m.in. zamknąć 180 ukraińskich organizacji "Proswita", które uznał za siewców nienawiści do Polski. Zwalczał bezwzględnie działaczy Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy oraz terrorystów z OUN. Sądy nie miały dla nich litości.

    Dramat wizjonera

    Polityka Józewskiego była bardzo szeroko komentowana. Miał swoich oddanych zwolenników, ale nie brakowało też przeciwników. Był sprawnym administratorem, bo w wyborach 1928 r. jego ugrupowanie odniosło spektakularny sukces. Do sejmu wprowadzono wówczas 21 posłów i senatorów z Wołynia. 11 z nich było Polakami, 9 propolskimi Ukraińcami i 1 Czech.

    Petro Pewnyj w sejmie bronił polityki Józewskiego, ale atakowali go narodowcy, twierdząc, że jego "liberalizm" niszczy polskość na Wołyniu, oddaje pole Ukraińcom. Nacjonaliści ukraińscy natomiast twierdzili, że Józewski jest ukrainożercą, nacjonalistą polskim, przebiegłym cwaniakiem politycznym. Organizowali na niego zamach, którego szczęśliwie uniknął.

    Oto dramat polityka, któremu przyszło funkcjonować w dobie narastających straszliwych narodowych antagonizmów na obszarze, gdzie ścierały się, jak potężne koła młyńskie, dwie wykluczające się ideologie i skłócone narody, których przywódcy - dążąc do swej niepodległości na tym samym obszarze - nie mogli się porozumieć.

    Józewski, który sądził, że Wołyń może być enklawą polsko-ukraińskiego porozumienia i że tu antagonizmy są najłagodniejsze, bardzo się pomylił. To właśnie Wołyń w czasie II wojny światowej spłynie dosłownie krwią. W sposób okrutny i wyrafinowany zamordowano tam dziesiątki tysięcy niewinnych ludzi, którzy nie mieli nic wspólnego z polityką. Z powierzchni ziemi starto tam dosłownie polskie wsie, po których nie ma dziś śladu. Eksperyment Józewskiego poniósł totalną klęskę.

    Historia obeszła się z nim okrutnie, bo w końcu trafił do ubeckiego więzienia. Jego przyjaciółka, wybitna pisarka Maria Dąbrowska poświęciła mu wiele miejsca w swoich "Dziennikach". Skreśliła w nich jego portret psychologiczny. Czytamy tam m.in.: "To niepospolity człowiek, cały pochłonięty polityką, ale polityką w wielkim stylu. Piękny, zimny, szlachetny, ideowy, a zarazem gracz znakomity". A gdy przegrał swą "wielką grę", spuentowała: "Ile wielkich talentów mieściło się w tym dynamicznym człowieku, ale z żadnego nie wydobył wielkości i doskonałości (...). Był mieszaniną Wernyhory, Rasputina, Cyrana de Bergerac. Było w nim trochę z ducha Trzech Muszkieterów i partyzantów Stefana Czarnieckiego".

    We wrześniu 1939 r. rząd polski, ewakuując się do Rumunii, zatrzymał się w Łucku i wtedy miasto przeżyło potężne bombardowanie niemieckie. Wielu urzędników państwowych zostało rannych, w tym marszałek senatu Bogusław Miedziński i senator Jan Dębski. Poważnych obrażeń doznał też biskup polowy WP Józef Gawlina, którego sekretarz osobisty został zabity. Wojewoda Józewski miał też polecenie, aby uciekać do Rumunii.

    Jechał nawet w tym kierunku w samochodzie razem z Marią Dąbrowską. Przed granicą zrezygnował jednak i postanowił, że zostanie w kraju. Podjął działalność konspiracyjną, którą prowadził aż do roku 1953, kiedy to trafił do więzienia ubeckiego. Przesiedział tam trzy lata. Uwolniono go, gdy władzę objął Władysław Gomułka. U schyłku życia mieszkał w Warszawie ze swoją partnerką, byłą żoną jednego z najwybitniejszych polskich portrecistów - Konrada Krzyżanowskiego, którego obraz "Dama z kotem" jest bodaj najważniejszy w zbiorach Muzeum Śląska Opolskiego.

    Czytaj treści premium w Nowej Trybunie Opolskiej Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze (6)

    Forum tylko dla zalogowanych.

    Załóż konto / Zaloguj się
    Wszystkie komentarze (6) forum.nto.pl

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Warto zobaczyć

    Wideo