Kilkakrotny wzrost sprzedaży notują opolscy producenci regionalnego ciasta.

Paweł Grabowski, współwłaściciel „Piekarni Grabowski” w Otmicach, szacuje, że od momentu uzyskania przez kołocz śląski unijnego certyfikatu i przystąpienia do Stowarzyszenia Konsorcjum Producentów Kołocza Śląskiego sprzedaż tego produktu w jego firmie wzrosła czterokrotnie.

Potwierdza to Beniamin Godyla, współwłaściciel Piekarni „Kłos” w Kujakowicach Górnych i prezes konsorcjum. W „Kłosie” wypiekane jest  tygodniowo od 1,5 do 2 ton tego śląskiego specjału. Zdaniem prezesa konsorcjum, większe zainteresowanie śląskim ciastem to m.in. efekt akcji promocyjnej prowadzonej przez stowarzyszenie.

Należy do niego obecnie czternaście przedsiębiorstw wypiekających kołocz z województw opolskiego i śląskiego. Opłata za przystąpienie do konsorcjum wynosi jednorazowo 1000 zł plus miesięczne składki po 50 zł.  

- Pokazujemy się na targach czy festiwalach na Opolszczyźnie, w Polsce i za granicą, m.in. w Berlinie czy Brukseli - opowiada Beniamin Godyla. - Festyny, dożynki, spotkania wiejskie w województwie bez kołocza się nie obędą, ale też nie ma się co oszukiwać, że podbijemy nim całą Polskę. To w końcu produkt regionalny.


Kołocz śląski w lipcu 2011 r. trafił do unijnego rejestru chronionych oznaczeń geograficznych.

Oznacza to, że cukiernicy, którzy chcą go oferować, muszą uzyskać stosowny certyfikat jakości nadany przez Wojewódzkiego Inspektora Jakości Handlowej Artykułów Rolno-Spożywczych.

W regionie jako pierwsi takie certyfikaty uzyskały „Piekarnia Grabowski” i „Kłos”. Certyfikacja kosztuje 200 zł i trzeba ją przeprowadzać co 2 lata. Inspektorzy wizytują także firmy, które uzyskały certyfikat, żeby sprawdzić, czy proces produkcji zgadza się ze specyfikacją zawartą w unijnym rejestrze oraz czy do wypieku kołocza zostały użyte tradycyjne produkty.

Obecnie takie certyfikaty ma 11 opolskich cukierni. Te, które nie posiadają unijnego świadectwa, nie mogą już posługiwać się nazwą kołocz (kołacz) śląski. Grozi za to mandat.