Po pasterce będzie mołcka

    Po pasterce będzie mołcka

    Fot. Paweł Stauffer

    Nowa Trybuna Opolska

    Aktualizacja:

    Nowa Trybuna Opolska

    Były sołtys, Jan Slota, ma w Niemczech czwórkę dzieci. W Polsce została tylko córka Karina. To ona razem z mężem Waldkiem dekorowała przed Bożym Narodzeniem

    Były sołtys, Jan Slota, ma w Niemczech czwórkę dzieci. W Polsce została tylko córka Karina. To ona razem z mężem Waldkiem dekorowała przed Bożym Narodzeniem rodzinny dom. ©Fot. Paweł Stauffer

    Te kobiety są dla swoich mężczyzn jak przystań: dbają o dom, wychowują dzieci i czekają aż mąż zjedzie z roboty w Niemczech. Teraz czekały na nich z choinką...
    Były sołtys, Jan Slota, ma w Niemczech czwórkę dzieci. W Polsce została tylko córka Karina. To ona razem z mężem Waldkiem dekorowała przed Bożym Narodzeniem

    Były sołtys, Jan Slota, ma w Niemczech czwórkę dzieci. W Polsce została tylko córka Karina. To ona razem z mężem Waldkiem dekorowała przed Bożym Narodzeniem rodzinny dom. ©Fot. Paweł Stauffer

    Śnieg delikatnie przysypał Kolanowice tydzień przed Bożym Narodzeniem. Od razu zrobiło się świątecznie. W każdym oknie świecące gwiazdy i girlandy lampek. Jeszcze kilka lat temu po takich ozdobach można było poznać, kto ze wsi pracuje w Niemczech. Ci, co takiej możliwości nie mieli, okien nie przystrajali. Dzisiaj gwiazdy można kupić w polskich sklepach, więc okna przestały się dzielić na lepsze i gorsze, kolorowe i szare. W Kolanowicach jest tak jak w wielu opolskich wioskach: nie zliczysz, ilu mężów pracuje na Zachodzie i ile żon na nich czeka.
    Zaczęło się od biedy
    - U nas tak jest w co drugim domu, gdzie w miarę młodzi ludzie mieszkają - mówi Urszula Golomb.
    Golombowie żyją w ten sposób dziesiąty rok. Zaczęło się z biedy. Domu nie mieli, wynajmowali, potem chcieli go wykupić, teraz marzą o wyremontowaniu. Ciągle nowe cele i nowe wydatki, na które trzeba zarobić. Na początku było ciężko.
    - Na początku z dziećmi jeździłam do rodziców, do Czarnowąs, żeby tylko nie siedzieć w domu - taki był pusty bez męża - wspomina pani Urszula. - Mąż pracuje we Frankfurcie nad Menem. Daleko. Przyjeżdża co sześć tygodni.
    Trójka dzieci bardzo za tatą tęskniła (najmłodszego, Fabiana, nie było wtedy jeszcze na świecie). Golombowie nie mieli telefonu. Latami wołali ich do aparatu dobrzy sąsiedzi, państwo Muchowie.
    - Tata dzwoni! - cieszyły się dzieci - Sabina, Piotrek i Sebastian.
    Dziś są już nastolatkami. Mają talenty muzyczne. Założyli własny zespół "Intro". Dzięki pieniądzom zarobionym przez tatę w Niemczech mogli pójść do szkoły muzycznej, kupić dobre instrumenty.
    - To ich pasja - mówi dumna mama. - Choćby dlatego nie żałuję tych lat rozłąki. Warto było.
    Nadrabiają stracony czas
    Teraz są inne czasy - komórkowe. Trójka dzieci państwa Rybczyńskich ma z tatą stały kontakt. Piszą do siebie esemesy.
    Czas rozłąki rozpoczął się dla nich 11 lat temu. Dzieci wtedy płakały za każdym razem, kiedy tata wyjeżdżał. Tak samo jak Golombowie, Rybczyńscy chcieli wykupić dom, urządzić się.
    - Nic żeśmy nie mieli, ta praca to był mus - mówi pani Renata. - Całe szczęście, że mogłam liczyć na pomoc sąsiadów.
    Synowie, 15-letni Kamil i 16-letni Grześ, od mamy nauczyli się, jak rąbać drewno.
    - Lubię męskie prace - śmieje się mama. - Teraz chłopcy bardzo mi pomagają.
    Tata przyjeżdża do domu na weekendy co dwa tygodnie. Stara się wtedy nadrabiać stracony czas. Często się udaje. Grzyby do świątecznej zupy zbierali jesienią razem - całą rodziną. Razem złowili w Jeziorze Turawskim sandacze na wigilijny stół.
    - Kiedy mąż przyjeżdża, cała trójka dzieci, razem z 11-letnią Dominiką, nie odstępuje go na krok - mówi pani Renata. - Teraz już nie jest tak ciężko. Dobrze sobie radzimy. To kwestia przyzwyczajenia.

    Żyjemy trochę samotnie
    - To także kwestia zaufania - mówią kobiety, których mężowie pracują na Zachodzie. - Zaufanie to podstawa każdego małżeństwa, ale nam potrzebne jest bardziej niż gdzie indziej. Nie wolno zamartwiać się, co tam chłop robi wieczorami pod niemieckim niebem. Poza tym równie dobrze tutaj, w Polsce, mógłby "pójść na lewo".
    Jest też druga strona medalu.
    - Czasem mężowie wracają i czują się jak uciążliwy lokator, który ma tylko dać pieniądze i może sobie z powrotem pojechać - twierdzi Urszula Nikodem, która razem z mężem prowadzi jedno z nielicznych w Kolanowicach dużych gospodarstw rolnych.
    - Pamiętam czasy, kiedy mężczyźni przywozili z Zachodu kawę, czekoladę i pomarańcze. Myśmy wtedy banana dzielili na cztery, bo tylu nas jest w domu. Jednak tym rodzinom nigdy niczego nie zazdrościłam. Ciężko tak żyć, chociaż to ich wybór, a zarabianie pieniędzy na Zachodzie niektórych po prostu wciąga.
    Życie "słomianych wdów" jest uważnie obserwowane przez innych mieszkańców wioski. W każdej chwili można zostać posądzoną o niewierność lub nielojalność. Czasem niesłusznie.
    - Mamy dzieci, ale żyjemy trochę samotnie - przyznają kobiety. - Cieszymy się, jak mężowie wracają. Chciałoby się, żeby ktoś na co dzień pomógł, porozmawiał, przytulił.
    - Jesteśmy dla naszych mężów jak taka przystań dla statków - mówi Urszula Golomb. - Znamy jednak takich, którzy po pewnym czasie już tej przystani nie chcieli...
    Dwa miesiące temu zmarł ojciec pani Urszuli. Ciężkie chwile przeżywała. Miała szczęście, że mąż dostał w tym czasie urlop. Był przy niej. Wspierał.
    Wcześniej
    też brakowało chłopów
    - U nas ludzie wyjeżdżali do roboty od zawsze - mówi Jan Slota, który sołtysował w Kolanowicach aż 34 lata. - Tak było nawet przed wojną, za Niemca. Do majątków w głąb Niemiec jeździli, do ciężkiej pracy, bo kombajnów wtedy nie było. Tam był lepszy zarobek. Jako dzieci wracaliśmy ze szkoły i każde miało swoje zadanie. Jedno przy gęsiach, drugie przy koniach, trzecie przy krowach. Mama każdego do roboty pędziła. Kobiety ciężko miały. Cały dom na ich głowach.
    W czasie wojny chłopy z Kolanowic poszły do Wehrmachtu i znów nie było rąk do pracy.
    - "Niewolników" trzeba było brać - opowiada były sołtys - takich pracowników najemnych, co pomagali w gospodarce za jedzenie i dach nad głową.
    Teraz znów w wielu domach brakuje chłopów. Jan Slota wyjaśnia to w prosty sposób: jak w Polsce masz zarobić tysiąc złotych na miesiąc, to lepiej wyjechać i robić u Niemca za 4 tysiące. W dzisiejszych czasach jak masz pieniądze, to i inne problemy jakoś rozwiążesz. Chcesz lepiej żyć, z rozłąką musisz się pogodzić.
    U Slotów aż czwórka dzieci wyprowadziła się do Niemiec na stałe. Pan Jan ma na szczęście telefon i rodzinę Kariny, jednej z córek, na miejscu.
    Razem
    do świętej Barbary
    Ponoć było tak: kościółek od 1473 stał sobie w Opolu koło bramy bytomskiej, poza murami miasta, obok dzisiejszej filharmonii na pl. Wolności. Drewniany, odbudowany po pożarze w 1678 roku. 200 lat temu, po sekularyzacji dóbr kościelnych, wystawiono go na sprzedaż. Kupców było trzech: wieś Zawada, wieś Węgry i wieś Kolanowice. W żadnej wtedy kościoła nie było. Legenda mówi, że w dzień licytacji chłopi przyjechali do Opola razem, z wszystkich wiosek.
    - Mamy jeszcze czas, chodźmy na jednego - zaproponowali innym "kolanowiki", a potem chętnie w karczmie stawiali. Nikt za kołnierz nie lał. Tymczasem na licytację dotarła już druga delegacja chłopów z Kolanowic i to ona kościół kupiła razem z patronką, świętą Barbarą. Po dziś dzień niektórzy w Zawadzie i Węgrach mówią, że im "kolanowiki" kościół porwały. Wiozły belkę po belce na chłopskich furmankach. W 1812 był już gotów do poświęcenia.
    W tym roku dzieci od Golombów razem z innymi uczestniczyły w pracach nad bożonarodzeniowym wystrojem kościółka. Dziś rano pójdą do świętej Barbary po wigilijny ogień. Do Kolanowic przywiezie go ksiądz proboszcz z Węgrów, a do Węgrów ogień trafi z samego Rzymu, od Ojca Świętego. W rodzinie Golombów to już taka tradycja: świece na świątecznym stole muszą mieć płomień szczególny. I jeszcze jedno: pod wigilijnym stołem, na krzesełku nakrytym białą serwetą, trzeba położyć chleb i pieniądze - choćby dziecięce oszczędności. Po co? Żeby w domu nigdy nie zabrakło ani jedzenia, ani grosza.
    Pięknie zapachnie dwanaście potraw, w tym zupa grzybowa, halibut, śledzik w śmietanie, brattkartofle, makówka i sztandarowe danie: mołcka.
    Bierzesz suszone owoce - jabłka, gruszki, rodzynki, jak masz, to także ananasy i egzotyczne mango. Gotujesz w lekko pocukrzonej wodzie przez 20 do 25 minut i "zaprawiasz" prawdziwym ciastem piernikowym. Taka zagęszczona piernikiem mołcka, podana na ciepło po powrocie z pasterki, smakuje najlepiej na całym świecie. Cudnie będzie. Rodzinnie.

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Czytaj także

      Komentarze

      Forum tylko dla zalogowanych.

      Załóż konto / Zaloguj się

      Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      Warto zobaczyć

      Wideo

      Gry On Line - Zagraj Reklama