Trzy razy M jak miłość

    Trzy razy M jak miłość

    Ewa Bilicka ebilicka@nto.pl

    Nowa Trybuna Opolska

    Aktualizacja:

    Nowa Trybuna Opolska

    Na spacerze -  Kasia Malik i Piotr Plewa.

    Na spacerze - Kasia Malik i Piotr Plewa.

    Są różne, tak jak różne są okoliczności i czasy, w których się zrodziły. Pierwsza. Dojrzała. Wiekowa. Zawsze miłość. Uczucie Lucyny i Grzegorza: trochę przykurzone i nieco cierpkie - tak jak bardzo stare wino.
    Na spacerze -  Kasia Malik i Piotr Plewa.

    Na spacerze - Kasia Malik i Piotr Plewa.

    Uczucie Kasi i Piotra: kolorowe i niewinne jak ich pierwszy pocałunek pod tęczą.
    On ma 21 lat, ona 19 lat. Wierzą, że są sobie przeznaczenia dowodów na to dostarcza im sam los.
    Piotr Plewa: - Wcale nie chciałem jechać na tę dyskotekę pod Opolem. Kumple mnie niemal siłą wyciągnęli.
    Kasia Malik: - I ja znalazłam się tam przypadkowo, za namową cioci. Ponieważ też mieszkam w Opolu, wolałam zabawy w mieście.
    Cztery lata temu los pchnął ich ku dyskotece w Chróścicach.
    Ona miała niespełna 15 lat, on - 18. Zatańczyli. Potem wyszli, aby pogadać z dala od łomotu. Okazało się, że słuchali tej samej muzy, recytowali te same hip-hopowe teksty (Teraz już z hip-hopu wyrośliśmy - zaznaczają), obydwoje lubili też wędkować.
    - Gdy dawałam mu swój numer telefonu, wątpiłam, że zadzwoni - mówi Kasia.
    Piotrek: - Zadzwoniłem następnego dnia, punktualnie o 12.00. Tak jak obiecałem.
    Rozmowy, spotkania, spacery. 18 czerwca (obydwoje dobrze pamiętają tę datę): spacer po opolskiej wyspie Bolko. Najpierw spadł niewinny ciepły deszcz, potem pojawiła się tęcza.
    - Nasz pocałunek pod tęczą był taki spontaniczny - wspomina Kasia.
    Są dla siebie pierwszymi. Skorzy do udzielania dobrych rad ludzie często im powtarzają: - Pierwsza miłość nie musi być ostatnia, więc nie deklarujcie sobie zbyt wiele.
    - Mnie to nie rusza. Wiem swoje. Kasia jest przeznaczona dla mnie, a ja dla niej - mówi Piotr. Pochodzi z niezamożnej rodziny, zaraz po ukończeniu szkoły zawodowej zaczął jeździć za granicę do pracy, aby pomagać mamie i bratu. Zakochani znają więc smak rozłąki. - Gdy go nie ma, jest mi ciężko, nie potrafię się cieszyć - mówi Kasia.
    Kasia w tym roku zdaje maturę. Potem obydwoje wyjadą z Polski.
    - Do Holandii - wyjaśnia Piotr. - Już tam razem pracowaliśmy na wakacjach. Razem mieszkaliśmy. Kasia prała, jak wieszałem pranie. Ona gotowała, ja myłem naczynia. Chcę, by tak było zawsze...
    W kuchni - Grzegorz i Lucyna Strzęp.

    W przychodni - Marek i Małgorzata Błaszczyk.


    Uczucie Gosi i Marka: niezawodne jak przyjaźń, którą się darzą, i pogodne jak opowieści o ich wspólnych studenckich przygodach.
    Małgorzata i Marek Błaszczykowie - małżeństwo z siedemnastoletnim stażem. Poznali się na studenckim obozie żeglarskim. Marek: - Fajna była dziewczyna, tylko za dużo mówiła. Gosia: - Nauczył mnie pływać, bez tego nie zdałabym egzaminów żeglarskich.
    Potem Marek przekupywał ciastkiem i wódką portierki w akademiku Gosi, aby móc choć na chwilę zajrzeć do swej ukochanej. Przynosił kubeczki jeżyn albo różę zapakowaną w pudło po pedale efektowym z efektem (część perkusji, Marek miał swój własny zespół muzyczny, stąd opakowanie po instrumencie). W połowie lat 80. wyjechali na szalone wakacje nurkowe do Egiptu, na które pieniądze zarabiali, sprzątając popiół po produkcji stali w Hucie Zabrze. - To była robota gorsza niż w fabryce azbestu - wspominają.
    Są z wykształcenia lekarzami. On nie zrobił specjalizacji, zamienił biały kitel na ciemny garnitur menedżera i założył prywatną przychodnię Medicus (wkrótce zatrudnił w niej żonę dermatologa). Położyli wtedy na szali niemal wszystko: sprzedali mieszkanie, dom w budowie i jeszcze zaciągnęli kredyt, a wcale nie mieli gwarancji, że przedsięwzięcie się uda. Takie rzeczy robi się, gdy partnerzy mają do siebie całkowite zaufanie.
    Marek odniósł sukces, ale... tego nie widział. Twierdził, że przychodnia źle funkcjonuje, miotał się w nieuzasadnionych kompleksach, odkładał w sobie złość i irytację.
    - Istnieje taka jednostka chorobowa jak depresja menedżera - mówi Marek Błaszczyk. - I mnie to dopadło. Udało mi się wyjść z kryzysu dzięki pomocy przyjaciół i Gosi, która była moją terapeutką.
    Nie ukrywają: on w tym związku jest od zapewnienia solidnych podstaw finansowych, ona - od dbania, aby nic nie zagroziło ich ognisku domowemu.
    Oczywiście, że się kłócą. - To normalne fizjologiczne zachowanie zakochanych. - mówi Marek. Wkrótce się godzą. - Uwielbiamy dochodzić do zgody - uśmiecha się Gosia.
    Istnieje powiedzenie: - Co nas nie zabije, to nas wzmocni. Obydwoje są wyznawcami tej reguły.

    W kuchni - Grzegorz i Lucyna Strzęp.

    Uczucie Lucyny i Grzegorza: trochę przykurzone i nieco cierpkie - tak jak bardzo stare wino.

    Lucyna i Grzegorz Strzępowie pobrali się 51 lat temu, a poznali dwa lata wcześniej. To były ciężkie czasy, powojenne realia nadały uczuciu cierpkiego smaku: - Przyjechałam do Opola do pracy, bliskich zostawiłam daleko, w rodzinnym mieście - wspomina pani Lucyna. - Byłam tu sama jak palec, więc gdy poznałam Grzegorza na potańcówce w klubie oficerskim i zaczęliśmy się spotykać, to poczułam się bezpieczniej. To była miłość, ale z... rozsądku.
    Pan Grzegorz: - Po dwóch latach spotykania się z Lucyną pojawiło się coś takiego jak przyzwyczajenie, że to jest właśnie moja druga połowa.
    Są związki, których trwałość opiera się na sztuce poświęcenia i ustępowania jednego z partnerów. Tak jest w tym przypadku: pan Grzegorz pracował w terenie, więc cały ciężar prowadzenia domu, opieki na dziećmi, w tym jednym cierpiącym na chorobę Heinego-Medina, spadł na kobietę. To pani Lucyna jeździła z chorą córką na rehabilitacje, odwoziła ją do sanatoriów. Prała, sprzątała, prasowała, gotowała. Nie przeszkadzała, gdy mąż zasiadał przed telewizorem. Tak jest do dziś.
    - Nawet jak mnie mąż zezłości i mamy tak zwane ciche dni, to i tak mu podam dobry obiad - mówi pani Lucyna.
    - Lubię, gdy w domu roznosi się zapach przysmażonej cebulki, wymieszanej ze śmietaną, takiej do ruskich pierogów - wzdycha pan Grzegorz.
    Gdy obchodzili 50. rocznicę małżeństwa, poszli na rodzinny obiad do restauracji Czardasz, która mieści się w tym samym budynku, w którym był klub oficerski, gdzie się poznali. Przy stole zasiadła cała rodzina. Gdy jubilaci spojrzeli na swe córki, syna, ich małżonków oraz wnuki i prawnuka - w sumie na 14 osób - zrozumieli, że nie zmarnowali tego wspólnego półwiecza.
    - Może nasza miłość nie była taka romantyczna, jak teraz jest u młodych i narwanych - mówi pan Grzegorz. - Ale za to przetrwała próbę czasu.

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Czytaj także

      Komentarze

      Forum tylko dla zalogowanych.

      Załóż konto / Zaloguj się

      Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      Warto zobaczyć

      Wideo

      Gry On Line - Zagraj Reklama