Wybory to biznes

    Krzysztof Ogiolda kogiolda@nto.pl

    Nowa Trybuna Opolska

    Aktualizacja:

    Nowa Trybuna Opolska

    Kampania do Sejmu służy gospodarczej koniunkturze. Daje pracę wielu ludziom. Są miliony do wydania. Bomba już poszła w górę.
    Wybory to biznes
    Cztery lata temu, by zdobyć jedno miejsce w Sejmie, partie polityczne musiały wydać średnio 111 tys. zł. To oficjalne dane Państwowej Komisji Wyborczej, a przecież na wszystko muszą być rachunki.
    - Nie zajmujemy się szczegółowym badaniem, na co te pieniądze zostały w poprzedniej kampanii do Sejmu przeznaczone - mówi Mirosława Ekiert, dyrektor Zespołu Kontroli Finansowania Partii Politycznych i Kampanii Wyborczych w Pafstwowej Komisji Wyborczej w Warszawie. - Generalnie można powiedzieć, że były to wydatki na reklamę kandydatów i organizację spotkaf wyborczych.
    Kwota 111 tys. złotych robi wrażenie, ale nie zawsze wystarczała, by wejść do Sejmu. Poseł Leszek Korzeniowski, lider Platformy Obywatelskiej, w ostatnim wyścigu do Sejmu wydał 120 tysięcy, choć nie za wszystkie wydatki musiał płacić.
    - Znajomi tworzyli szkielet mojego sztabu wyborczego i pomagali pisać teksty wystąpień za "czapkę gruszek" - przyznaje poseł. - Rodzina i przyjaciele z Praszki i Opola za darmo rozlepiali plakaty i rozrzucali ulotki wyborcze.
    Poseł ocenia, że najdrożej kosztowały go reklamy w prasie i telewizji. Zapłacił też za druk plakatów i wynajem słupów ogłoszeniowych oraz za samochód, który przez dwa tygodnie jeździł po regionie z jego plakatami wyborczymi przyklejonymi na platformie-naczepie.

    Jeśli wierzyć masarzom, politycy nie wabią dziś elektoratu kiełbasą wyborczą.
    - Nikt już nie zamawia kiełbasy przeznaczonej do rozdania ludziom na wiecach wyborczych - mówi Ryszard Mroczek, właściciel Zakładu Przetwórstwa Mięsnego w Tarnowie Opolskim. - Nie ma się co dziwić. Przecież kiełbasa już dawno nie jest na kartki.
    Pan Ryszard nie jest pewien, czy sprzedałby kiełbasę na potrzeby kampanii (za sto kilogramów partia musiałaby zapłacić około 1100 złotych).
    - Jeszcze bym dopłacił, gdyby w Sejmie znalazł się choć jeden poseł dobrze reprezentujący przetwórców wszystkich branż. Ale oni na tym się nie znają - mówi rozczarowany klasą polityczną przedsiębiorca.

    W Zakładach Piwowarskich "Głubczyce" SA za 50-litrową beczkę piwa trzeba by zapłacić zaledwie około 100 złotych. Dyrektor Janina Sawicka nie przypomina sobie jednak, by jacyś politycy kupowali w Głubczycach piwo na spotkania wyborcze. Być może znajdą się tacy podczas najbliższej kampanii do Sejmu.
    - Szanujemy każdego klienta, niezależnie od poglądów politycznych - zapewnia dyrektor Sawicka.
    Klientów nie dzieli według barw politycznych także Lucjan Furman, prokurent w opolskiej drukarni "Litar".
    - Drukowaliśmy materiały wyborcze dla PO, PiS i SLD - mówi Lucjan Furman. - Ale na scenie politycznej w Polsce nie ma dziś partii, której byśmy odmówili współpracy.
    Politykowi z Opolszczyzny zwykle na potrzeby kampanii wyborczej wystarcza kilkaset plakatów (sto kolorowych wizerunków formatu A2 kosztuje około 400-600 zł plus VAT).
    - W okresie przedwyborczym wysyłamy ofertę do różnych partii politycznych - mówi Lucjan Furman. - Ale odzew jest zdecydowanie mniejszy niż dawniej. Kiedyś kandydaci raczej sami organizowali sobie kampanię. Teraz zazwyczaj ich wizerunek kształtuje centrala, więc zamówienia na bilboardy i duże plakaty trafiają raczej do firm warszawskich.

    W terenie drukuje się nadal ulotki, składanki, wizytówki z kalendarzami, czasem mniejsze afisze i plakaty.
    W Opolu tradycyjnym miejscem spotkań z wyborcami była dotychczas sala Filharmonii Opolskiej.
    - Byliśmy otwarci na wynajmowanie dużej sali, jeśli tylko była wolna - mówi Bożena Nowosielecka, zastępca kierownika działu artystycznego i promocji FO. - Priorytet miały koncerty, których nigdy nie przekładaliśmy ze względu na spotkania polityczne.
    W tym roku filharmonia nie zarobi na kampanii, choć wynajęcie sali na cztery godziny z obsługą i nagłośnieniem kosztuje niezbyt dużo: 3 tysiące zł. Od lipca w filharmonii rozpoczyna się bowiem remont, który potrwa do września. Zatem podczas wakacji nie odbędą się tu żadne imprezy, wyborcze też nie.

    Jeśli politycy zechcą się spotykać z elektoratem pod gołym niebem, będą mogli wypożyczyć w opolskiego MOK-u nagłośnienie, a z Estrady Opolskiej przenośną scenę.
    - Wcześniej nie było zainteresowania ze strony żadnej partii, ale każdy, kto zapłaci około 2 tysięcy za dwa dni, może mieć scenę do dyspozycji - mówi Artur Chmurowski z Estrady Opolskiej.

    Kto i dla kogo zaśpiewa na tej scenie - nie sposób do końca przewidzieć, choć w mediach zaczęto już łączyć nazwiska wykonawców z poszczególnymi ugrupowaniami. Wyborcy pamiętają pewnie dobrze, jak w poprzedniej kampanii do Sejmu "Ich Troje" śpiewało: "A wszystko to, bo Leszka kocham", przysparzając głosów ówczesnemu liderowi SLD i jego partii.
    - Śpiewali tak na placu Wolności w Opolu, bo ich wynająłem za pieniądze - mówi poseł Jerzy Szteliga, w 2001 roku lider SLD w regionie. - Pamiętam, że zapłaciliśmy im za ten występ na rozpoczęcie naszej kampanii 18 tys. zł. Kilka miesięcy później byli tak popularni, że ich stawki wzrosły wielokrotnie.
    Nie wszyscy artyści godzą się na przypisywane im polityczne powinowactwa.
    - Doszły mnie głosy, że podobno wspieram swoją muzyką Samoobronę - powiedział nam Andrzej Rybiński. - Tymczasem ja nie wspieram nikogo, a w wywiadzie dla pisma tej partii opowiadałem tylko o życiu ludzi na prowincji. Z propozycjami koncertów zwracały się i zwracają do artystów partie od prawa do lewa. Jestem muzykiem i zaśpiewam na imprezie związanej z jakimkolwiek ugrupowaniem, bo to jest mój zawód, ale z żadną z nich się nie utożsamiam.

    Jerzy Szteliga wspomina, że zdarzało mu się spotykać z grzecznymi, ale stanowczymi odmowami ze strony artystów.
    - Oficjalnie tłumaczyli się inną trasą koncertową, a prywatnie dodawali: - Nie chcę być utożsamiany z waszym ugrupowaniem, bo artyści to na ogół kulturalni ludzie - wspomina Szteliga.

    Rozmowa

    Pomysł ważniejszy od kasy
    Z Piotrem Tymochowiczem, specjalistą od kreowania wizerunku, rozmawia Krzysztof Ogiolda
    - Na kilka miesięcy przed wyborami politycy pewnie częściej do pana dzwonią?
    - Nigdy dotąd w Polsce zainteresowanie kreacją wizerunku wśród polityków nie było tak duże, jak obecnie. Politykom zależy nie tylko na sprawnie przeprowadzonej kampanii, ale i na dobrym przygotowaniu medialnym, dlatego niektórzy trenują już od pół roku. Dotychczas czułem się potrzebny przede wszystkim w ostatniej chwili. Teraz przynajmniej część kandydatów na posłów szukała mnie znacznie wcześniej.

    - A kto do pana się zgłasza?
    - Politycy, którzy szukają kontaktu z kimś takim jak ja, dzielą się na kilka kategorii. Jedni chcą się dostać do parlamentu. Drudzy mandat mają w kieszeni, bo są liderami swoich partii, ale chcą lepiej wypadać w mediach. Trzecia grupa bardzo doraźnie potrzebuje przygotowania, na przykład dlatego, że staje przed komisją śledczą.

    - Czy zgodziłby się pan na współpracę z zupełnie nieznanym politykiem, który oczekuje, że za określoną sumę pieniędzy wprowadzi go pan do Sejmu?
    - Nie, bo szkoda czasu i pieniędzy. Dla zupełnie nieznanej osoby nie wystarczy nawet kilkadziesiąt tysięcy złotych, by móc ją wykreować. Co do finansów, teraz nikt już nie płaci na ładne oczy. Tak było kiedyś: politycy, mając wsparcie biznesowe, płacili niezależnie od efektu. Teraz z większością jestem umówiony nawet na wyższe stawki niż w ubiegłych latach, ale tylko pod warunkiem, że kampania zakończy się sukcesem. W przypadku porażki nie zarabiam.

    - Państwowa Komisja Wyborcza wyliczyła, że średnio na zdobycie jednego miejsca w parlamencie partie wydały 111 tysięcy złotych. Czy tyle na pewno wystarczy?
    - Nie da się tego tak jednoznacznie wyliczyć. Często bardziej niż pieniądze liczy się oryginalny pomysł. Szczególnie przy obecnej niechęci ogółu ludzi do polityki. Dobry pomysł pozwala zaoszczędzić nawet setki tysięcy złotych.

    - Miewał pan takie pomysły?
    - Kiedy przed wojną z Irakiem w kampanii samorządowej blokowano w mediach informacje o Andrzeju Lepperze, wymyśliłem nasz wyjazd do Saddama Husajna. Załatwienie imiennego zaproszenia od Husajna, a właściwie od jego pierwszego sekretarza, zajęło nam zaledwie pięć dni. Ani ja, ani Andrzej Lepper nie zamierzaliśmy tam lecieć, ale lider Samoobrony trafił dzięki temu zabiegowi na pierwsze strony gazet.

    - Dziękuję za rozmowę.

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Czytaj także

      Komentarze

      Forum tylko dla zalogowanych.

      Załóż konto / Zaloguj się

      Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      Warto zobaczyć

      Wideo

      Gry On Line - Zagraj Reklama