Żołnierze Powstania Warszawskiego w labiryncie podziemnego miasta

W 1. odcinku "Tajemnic Państwa Podziemnego" rekonstruujemy koszmarny świat warszawskich kanałów oraz badamy techniki, których używali powstańcy, by przetrwać pod ziemią. Obejrzyj go lub przejdź do pełnego wydania Powstania Warszawskiego.

Obejrzyj wszystkie odcinki
Zwiń
Obejrzyj wideo
Dlaczego giną pszczoły na Opolszczyźnie?

Dlaczego giną pszczoły na Opolszczyźnie?

fot. Krzysztof Strauchmann

Nowa Trybuna Opolska

Aktualizacja:

Nowa Trybuna Opolska

Kiedy pszczoła zniknie z powierzchni ziemi, człowiekowi pozostaną najwyżej cztery lata życia. To powiedzenie Alberta Einsteina jest dziś najczęściej powtarzane przez pszczelarzy.
Zbigniew Kopcisz z Kamiennej Góry: - Z pasieki liczącej 160 rodzin zostały mi tylko trzy.

Zbigniew Kopcisz z Kamiennej Góry: - Z pasieki liczącej 160 rodzin zostały mi tylko trzy. ©fot. Krzysztof Strauchmann

Pewnego dnia przestały wracać. O świcie wylatywały na pola, łąki i ginęły wśród kwiatów. Zbigniew Kopcisz, pszczelarz z Kamiennej Góry koło Otmuchowa, otwierał ule i znajdował w środku tylko królową matkę, trochę czerwi i młodzieży pszczelej. Potem znikały i one.

- Zaczęło się w sierpniu 2007. Do jesieni zginęło mi 30 rodzin pszczelich
- opowiada Zbigniew Kopcisz. - Wiosną zrobiłem przegląd uli, bo pszczoły ciągle nie wylatywały po zimie. Z pasieki liczącej 160 rodzin zostały mi tylko trzy.

- We wrześniu zauważyłem, że obce pszczoły napadają na mój ul i wnoszą pokarm. Potem atakują kolejny. To znak, że pszczela rodzina nie ma sił, żeby się bronić
- kręci głową Tadeusz Sobków, pszczelarz z Gierałcic koło Głuchołaz. - Każdego ranka widziałem pod ulem pełno pszczół. Pełzały po trawie, nie latały, a potem znikały. Do zimy z 75 uli zostało mi 12 rodzin pszczelich. Na wiosnę już tylko 5.

Radź sobie sam

Tadeusz Sabat, prezes Polskiego Związku Pszczelarskiego, szacuje, że tylko ostatniej zimy w Polsce zginęło 70 tys. rodzin pszczelich, czyli 7 procent całej populacji. W 2008 roku w całym kraju padło 35-40 procent pszczół. Pszczelarze z trudem odbudowali pasieki. W tym roku może zginąć kolejne pół miliona rodzin. Połowa wszystkich.

- Na terenie Opolszczyzny zimą i wiosną tego roku zginęło ok. 4,5 tys. rodzin pszczelich, należących do naszych członków. To mniej więcej 20 procent wszystkich, co piąty ul - mówi Zdzisław Gmyrek, prezes Wojewódzkiego Związku Pszczelarzy w Opolu. - Ogółem ubytki szacuję na ok. 6,5 tys. rodzin, bo część pszczelarzy należy do związków w Częstochowie czy na Śląsku, albo się nie zrzesza.

Najbardziej poważne straty były w rejonie Nysy, sporo w powiatach opolskim, kluczborskim, w rejonie Kędzierzyna-Koźla. Podobna sytuacja występowała już wcześniej, w ubiegłym roku szczególnie w powiecie brzeskim.

Zbigniew Kopcisz poświęcił swoją emeryturę i odbudował pasiekę. Kupował pszczoły, sprowadzał matki nawet z zagranicy, mnożył rodziny. Dziś ma 130 zasiedlonych uli i ciągle pracuje, żeby zapełnić wszystkie.
- Początkowo myślałem, że pomór spowodowały wadliwe paski na warrozę
- wspomina pszczelarz z Kamiennej Góry. - To takie lekarstwo, które się wkłada do uli, aby walczyć z popularnym wśród pszczół roztoczem, który w latach 70. trafił do Polski z Afryki. Razem z 30 poszkodowanymi pszczelarzami spod Nysy chcieliśmy zaskarżyć producenta pasków, ale nasz prawnik nic nie zrobił. Sprowadziłem do pasieki komisję z udziałem weterynarza, wydziału rolnictwa w powiecie i prezesa nyskiego koła związku pszczelarzy. Prezes znalazł pszczoły padłe na warrozę i komisja wpisała to do protokołu. Firma ubezpieczeniowa odmówiła odszkodowania.

Ale na 200 procent jestem pewny, że to nie było spowodowane przez tego pszczelego pasożyta. Pszczoły z warrozą umierają inaczej. Młode wychodzą z ula bez wykształconych skrzydeł, nie mogą latać tylko chodzą po ziemi.

- Wysłałem swoje pszczoły do badania do weterynarza w Krakowie - opowiada Tadeusz Sobków. - Odpisali mi, że to warroza, ale przecież według specjalistów ta choroba tylko osłabia pszczoły, pozbawia je odporności na inne szkodliwe czynniki. Zresztą ja cały czas stosowałem lekarstwa i zabiegi ochronne na warrozę. Z trudem udało mi się odbudować pasiekę. Nie dostałem żadnej pomocy, żadnej instrukcji, jak sobie radzić z tym problemem.

- Nie słyszałem, żeby jakiś pszczelarz wywalczył odszkodowanie - przyznaje prezes Zdzisław Gmyrek. - W Grodkowie jeden z nas wskazał rolnika, który w ewidentny sposób przeprowadził opryski i doprowadził do pomoru pszczół. Sąd przyznał mu odszkodowanie, ale rolnik się odwołał od wyroku. I odwoływał się tak długo, aż poszkodowany umarł. Rolnik nie zapłaci grosza.

Pszczoły umierają pierwsze

W lutym organizacje pszczelarskie uznały, że pomór pszczół to już nie tylko ich problem. Na ich wniosek minister rolnictwa powołał specjalny zespół ekspertów, który ma badać przyczyny klęski.

Nie jest to zresztą tylko polski problem. Wcześniej masowo pszczoły marły m.in. w Stanach Zjednoczonych (w niektórych stanach wyginęło nawet 60-70 proc. pszczół), Chinach, Francji, Niemczech. Nigdzie specjaliści nie wykryli jednoznacznej przyczyny, dlatego chorobę zaczęto określać wspólną nazwą CCD (ang. Colony Collapse Dirorder - destrukcyjne załamanie kolonii).

Naukowcy twierdzą, że przyczyny tego zjawiska są bardzo złożone. Po części do epidemii przyczyniają się pasożyty, choroby wirusowe, a nawet zmiany klimatyczne czy warunki utrzymania owadów hodowlanych. Sami pszczelarze mają wyrobione zdanie na temat śmierci pszczół: powoduje je chemizacja rolnictwa, pestycydy, coraz to nowe środki ochrony roślin, które zostają w środowisku nawet przez kilka lat albo przechodzą do organizmów roślinnych i stają się pokarmem zwierząt i ludzi.

Pszczoły są bardzo czułym i niewielkim organizmem. Reagują pierwsze. Potem zaczną chorować ludzie i zachwieje się równowaga w przyrodzie, bo pszczoły zapylają 80 procent wszystkich roślin.

- Już przychodzą do nas działkowicze, pytają, dlaczego tej wiosny nie było pszczół - mówi prezes Zdzisław Gmyrek. - Ale i działkowicze nie są bez winy, bo też chętnie stosują środki chemiczne.

Polityczny los owada

W przypadku pestycydów starszej generacji wystarczyło, gdy rolnik czy sadownik trzymał się zasad instrukcji i opryski wykonywał nocą. Ich substancja aktywna jest czynna przez godzinę po oprysku. O świcie pszczoły były już bezpieczne. Aktywne składniki nowej generacji są aktywne w glebie nawet trzy lata.

- W tej chwili w większości stosuje się pestycydy o oddziaływaniu systemicznym, hormonalnym, które przenikają do organizmu roślinnego - tłumaczył posłom z sejmowej komisji rolnictwa prof. Władysław Huszcza z Uniwersytetu Przyrodniczego w Lublinie. - Istnieje duże niebezpieczeństwo przenikania tych substancji aktywnych do soku roślinnego, nektaru, pyłku, a więc do produktów, które stanowią pokarm dla pszczół. Metabolity mogą być tysiąckrotnie bardziej toksyczne niż sama substancja aktywna preparatu.

Nowym zagrożeniem są tzw. zaprawy systemiczne, stosowane np. dla buraka cukrowego, popularnego na Opolszczyźnie. Nasiona zaprawione, czyli już pokryte aktywną substancją, trafiają do sprzedaży i rolnik nawet nie wie, co sieje. Znajdujący się w zaprawach imidiachlopryd przenika do buraka cukrowego i do cukru, który na okres zimowy jest wkładany do uli jako pożywienie dla owadów pozbawionych naturalnego miodu. W Polsce dopuszczono do obrotu 21 środków rolniczych zawierających imidiachlopryd, bo oficjalnie został uznany przez unijne prawodawstwo.

- Pszczelarze spod Poznania podali do sądu cukrownię, bo pszczoły padły zimą, gdy karmione były wyłącznie cukrem - opowiada Tadeusz Sobków. - Specjaliści z Wrocławia potwierdzili, że zabiła je substancja zawarta w cukrze, której dawka była zbyt duża dla tak małych organizmów. Ale odszkodowania nie przyznano, bo przecież cukier nie jest pokarmem dla pszczół.

- Poza wszelką kontrolą na nasz rynek rolniczy wchodzą nawet substancje wycofywane ze sprzedaży w Niemczech czy Francji - komentuje prezes Zdzisław Gmyrek.

Sejmowa komisja rolnictwa, poświęcona w maju sprawie pszczół, skończyła się wyłącznie sporem między rządzącymi, a opozycją, czy resort rolnictwa robi wszystko, co możliwe, aby przeciwdziałać pladze. Pszczelarze mają zgodną opinię, że ministerstwo bardziej wspiera lobby dużych producentów rolnych, którzy chcą korzystać z coraz nowszych środków, aby zwiększać efekty produkcji. I lobby wielkich firm chemicznych produkujących te preparaty.

- Opolszczyzna to dla pszczelarzy bardzo specyficzny teren - mówi prezes wojewódzkiego związku pszczelarskiego. - Nie mamy nawet gdzie uciec z pszczołami. Nie ma gdzie ich wywieźć, tak jak to robią koledzy na północy. U nas rzepak czy modyfikowana genetycznie kukurydza są wszędzie.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze (13)

Wszystkie komentarze (13) forum.nto.pl

Najnowsze wiadomości

Zobacz więcej

Najczęściej czytane

Warto zobaczyć

Wideo