Trzeba było mieć gadane

    Trzeba było mieć gadane

    Zdjęcie autora materiału

    Aktualizacja:

    Nowa Trybuna Opolska

    Z X.Y., oficerem byłej Służby Bezpieczeństwa, a potem Urzędu Ochrony Państwa w Opolu, rozmawia Zbigniew Górniak
    Trzeba było mieć gadane
    - Siedzimy w knajpie pod Opolem, gdzie karmią po śląsku. Jemy obiad na koszt mojego wydawcy, ale ja nie mogę się skupić na wątróbce, bo cały czas zerkam na ten zwitek banknotów, które pan położył na stole. Po co pan to zrobił i ile tam jest?
    - Osiemset złotych w setkach. Chciał pan rozmawiać o sposobach werbowania tajnych współpracowników, więc postanowiłem sprawdzić na panu jeden z tych sposobów. Intrygują pana te pieniądze, widzę to...

    - Bo tak sobie leżą na obrusie, zamiast w portfelu.
    - I o to chodzi, żeby intrygowały. Tym sposobem pozyskałem kiedyś człowieka, który z założenia nie powinien się zgodzić na współpracę, bo był i ustawiony życiowo, i nie było na niego haka, i nie musiał się dowartościowywać współpracą z nami.
    Ale nam potwornie na nim zależało, więc zaprosiliśmy go do knajpy, nas było dwóch, on wiedział, kim my jesteśmy i ja wyjąłem te pieniądze. I potem przez dwie godziny specjalnie gadaliśmy z nim o wszystkim, tylko nie o tym, co nas interesowało. A on zerkał i w końcu ośmielił się spytać o te pieniądze. A ja mu na to, że to zwrot podatku?

    - Zwrot podatku?
    - Też tak zapytał. A tak, zwrot podatku, mówię mu, bo przecież nasza praca jest opłacana z pańskich podatków, a skoro pan nam w tej pracy pomaga, to trzeba panu część podatku zwrócić.

    - Daliście mu alibi dla jego chciwości?
    - To nie był chciwy człowiek. Rzecz jednak w tym, że często nawet bardzo zamożni ludzie nie mogą się oprzeć pokusie, by wziąć nieewidencjonowane pieniądze. Zarabia 10 tysięcy, a weźmie 500, żeby mieć dodatkowe pieniądze na dziewczyny albo na wódkę. Pieniądze, z których nie rozlicza go żona. Pozyskaliśmy go.

    - Tych sztuczek was uczyli w szkole bezpieki?
    - W szkole to była teoria. Sztuczek uczyło nas życie albo starsi funkcjonariusze. Czasem przypadek.

    - Dużo pan miał TW, czyli tajnych współpracowników?
    - W wydziałach operacyjnych trzeba było mieć minimum 12-15 tajnych współpracowników na tak zwanym stanie. To było zarządzenie Kiszczaka, od stanu wojennego strasznie podkręcono śrubę w kwestii pozyskiwania te-wu. Rozliczano nas z tego, przydzielano premie kwartalne, a potem roczne. Teraz operuje się ogromną liczbą półtora miliona nazwisk z zasobów IPN. Owszem, mogło być ich tyle, ale rzecz w tym, że wiele źródeł było bezwartościowych. Takiego człowieka rejestrowaliśmy, a nagle okazywalo się, że on nie ma nam nic do powiedzenia, był jałowy jako agent. Więc się go eliminowało z bieżącego spisu, ale teczka, rzecz jasna, pozostawała.

    - Te premie za te-wu wysokie były?
    - Mniej więcej tyle co połowa miesięcznej pensji. Ale wystarczyło, żebyśmy się ścigali w pozyskiwaniu współpracowników. Niektórym wyjątkowo to nie szło. Byli tacy, którzy w jeden dzień potrafili zwerbować trzech agentów, a innym przez pół roku nie udawało się pozyskać ani jednego. To tak jak z dziennikarzem, podrywaczem, adwokatem. Trzeba mieć gadane. Jeden ma gadane i dotrze do człowieka, inny nie. Znany w UOP-ie był taki duet młodych oficerów. Jeden ładny, drugi brzydki. Każdego potrafili zwerbować, no nie było siły, żeby nie przekonali człowieka. A w SB starzy wyjadacze mieli zawsze w zapasie kilku współpracowników, od których przyjęli deklarację współpracy, ale ich jeszcze nie ujawnili przełożonym i nie zarejestrowali. I jak przychodził koniec roku, szefowie dostawali sraczki, że potrzebne są wyniki, oni sięgali do szafy i wyjmowali tych swoich śpiochów. Bo przez wiele lat było w służbach tak, że pozyskiwanie tajnych współpracowników stanowiło jeden z głównych elementów oceny przydatności pracownika.

    - To był efekt zapobiegliwości czy cynizmu? Inaczej mówiąc, czy komuniści chcieli mieć w społeczeństwie jak najwięcej wtyk, czy też może był to taki diabelski plan zgnojenia szerokich rzesz ludzi - na zasadzie: wszyscy jesteśmy unurzani?
    - Nie, to raczej wynikało ze specyfiki tej pracy. Ona jest niewymierna. No bo z czego rozliczyć pracownika kontrwywiadu? Z liczby złapanych szpiegów? Bez przesady! To taka praca, że można być przez całe swoje zawodowe życie świetnym agentem i nie złapać ani jednego szpiega. No więc, z czego rozliczać? Z liczby spraw oddanych do sądu? Ale z drugiej strony, czasem lepiej, by sprawca nie został ukarany, bo zyskujemy dzięki temu oddanego agenta. No więc z czego? Rozliczało się z liczby tajnych współpracowników. Oczywiście, te wyniki się pompowało, bo cały PRL to była jedna wielka zmanipulowana statystyka. Kwitł przemysł papierniczy, ale nie było husteczek higienicznych. Mieliśmy tysiące tajnych współpracowników, ale tylko niektórych wartościowych. Na tym polegała fasadowość socjalizmu, ten ustrój pozostawił też swój osad w aktach SB.

    - Co mi pan tu mówi o szpiegach, o kontrwywiadzie?! Wy łapaliście opozycję demokratyczną, dręczyliście księży.
    - W Wojewódzkim Urzędzie Spraw Wewnętrznych w Opolu było sześć wydziałów SB. Tylko niektóre zajmowały się opozycją i księżmi. Ja akurat w nich nie pracowałem. Reszta wydziałów to między innymi kontrwywiad, mniejszość niemiecka, gospodarka, a nawet i rolnictwo. "Szóstka" zajmowała się PGR-ami, a jak gdzieś szli w teren, to przedstawiali się jako kontrwywiad. Myśmy się z nich śmiali: o, idzie świński kontrwywiad. Również ci od rozpracowywania "Solidarności", jak szli między ludzi i musieli wyciągnąć legitymację, przedstawiali się jako kontrwywiad. Ale ci, w przeciwieństwie do "szóstki", nie robili tego, by się dowartościować. Oni się raczej wstydzili przed ludźmi tego, co robią.

    - Rozliczano was od zwerbowanej głowy, ale nie od tego, co w tej głowie? Szefowie tego nie dostrzegali?
    - Dostrzegali, ale oni znali tę służbę od podszewki i rozumieli nas, bo kiedyś, zanim zostali szefami, byli zwykłymi pracownikami. W tych służbach do dziś chodzi o to, żeby nie złapać króliczka, ale tylko gonić go. I tak do emerytury... A co do wartościowych głów, to dwa razy udało mi się zwerbować bardzo ważne osoby. Dostałem nawet za to nagrody.

    - O nazwiska tych ważnych osób nie mam nawet co pytać.
    - Proszę nawet nie próbować.

    - Ale UOP powstał już w wolnej Polsce!
    - I co z tego? Czy pan myśli, że UOP zrezygnował z metod, które są takie same w każdej tajnej policji na świecie? Ja przeszedłem pozytywnie weryfikację funkcjonairuszy SB w roku 1990, ale nikt nie weryfikował metod pozyskiwania współpracowników, bo nie można było tego zrobić. Tak samo jak pracowała bezpieka, potem pracował UOP, a teraz ABW. Tak się pracuje we Francji, w Australii i w Mozambiku. No... może w Mozambiku przyłożą jeszcze pałą w gołe stopy dla efektu... Oczywiście, nie mam na myśli tego rozdziału bezpieki, gdy walczyła ona z antykomunistycznym podziemiem. Ja w tym udziału nie brałem.

    - Ale wizyty papieża pan obstawiał.
    - Ale nie po to, żeby mu zrobić krzywdę, lecz żeby go chronić.

    - Nieprawda. Chcieliście wiedzieć, co mówi naród.
    - Bo do tego byliśmy powołani. Pan myśli, że ABW nie chce wiedzieć, co mówi naród? I niech pan nie sądzi, że nami tak masowo pogardzano, jak by się dziś mogło wydawać. Myśmy szacunek mieli, jak się wyciągało legitymację z napisem SB, to ludzie na tyłkach siadali z wrażenia. Jak upadł PRL i nastał UOP, to zostały po esbecji sterty teczek współpracowników. Trzeba było tych agentów jakoś zagospodarować. Każdy z nas, w zależności od wydajności, dostał od 50 do 100 teczek i ruszyliśmy w objazd po Opolszczyźnie. Niektórzy dawni agenci nawet gadać nie chcieli, bo nie wiedzieli, co to ten UOP. Psy spuszczać chcieli, bo dla nich UOP znaczyło tyle co na przykład BRBEOPiM. I dopiero jak mówiliśmy, że to dawna bezpieka, to wracał szacunek. Agent zapraszał do domu, krzyczał na żonę o kafej i ciasto. I podpisywał ciąg dalszy współpracy.

    - I dziś go nie ma na liście Wildsteina?
    - Nie, bo jest w zbiorze zastrzeżonym IPN albo MSW. Nikt niepowołany tego zbioru nie zobaczy.

    - A mogą być na liście Wildsteina osoby przypadkowe?
    - Tak. Gdy Kiszczak po stanie wojennym wyśrubował normy pozyskiwania współpracowników, mogło się zdarzyć, że funkcjonariusz, który nie radził sobie z werbunkiem, wciągał na listę te-wu kogoś przypadkowego. Funkcjonariusz SB przychodził na przykład do dyrektora dużego zakładu i ten dyrektor ustawowo musiał z tym esbekiem rozmawiać, udzielać mu informacji. Ale esbek mógł bez wiedzy dyrektora wciągnąć go na listę te-wu. Znam przypadek, kiedy dyrektor dał funkcjonariuszowi jakiś wewnętrzny dokument o fabryce, sporządzony chyba przez szefa zaopatrzenia, a funkcjonariusz uciął nożyczkami nagłówek, podpisał wymyślonym pseudonimem i zgłosił to jako materiał dostarczony przez te-wu, którym miał być ten dyrektor.

    - To były częste przypadki?
    - Wiem o jednym stwierdzonym w Opolu przypadku, kiedy okazało się, że ktoś, kto w papierach był tajnym współpracownikiem i brał od nas za to pieniądze, w ogóle o tym nie miał pojęcia.

    - Co się stało z jego teczką?
    - Przypuszczam, że ją zniszczono, że go oczyszczono.

    - Ale takie praktyki mogły być częstsze. I do dziś nie wykryte.
    - Nie wykluczam tego. Przecież to były sprawy nie do zweryfikowania, nikt nie biegał do grafologa, żeby stwierdził, czy podpis pod oświadczeniem o współpracy z SB jest prawdziwy.

    - Co oprócz pieniędzy mógł pan dać w PRL-u tajnemu współpracownikowi? Talon na malucha?
    - No, nie... Cudotwórcą nie jestem, na talon na malucha byłem za krótki. Ale już młynek do kawy, żelazko, odkurzacz mogłem załatwić. Tylko musiałem złapać kontakt z chłopakami z wydziału, któremu podlegał handel. Z takim kolegą jechało się do zaprzyjaźnionej kierowniczki sklepu...

    - ... która teraz też może być na liście Wildsteina?
    - Oczywiście, że tak... i załatwiało się żelazko albo sokowirówkę. Pamiętam, jak po pewnym wyjątkowo trudnym zadaniu wręczyliśmy uroczyście tajnemu współpracownikowi odkurzacz.

    - Ludzie zdradzali za odkurzacz?
    - Tamta osoba nie wiedziala, że dostanie ten odkurzacz. I po co od razu słowo "zdradzali"?! To nie było tak, jak się teraz przedstawia: czarne-białe, zdrada-wierność. Życie bywa bardziej skomplikowane. SB to nie była tylko walka z opozycją. Także ze złodziejstwem, z machlojami w gospodarce. Te-wu często nie mieli poczucia, że cokolwiek zdradzają, czasem sądzili, że nam pomagają, myśmy się nawet z niektórymi polubili, wspólnie wódkę pili. Ja szanowałem kogoś, do kogo docierałem długo i z mozołem. A czasem po prostu byliśmy ludzcy. Jak wtedy, gdy w jednym z nocnych lokali ze striptizem namierzono bawiącego się od dwóch dni księdza z prowincji. Schlał się, nieszczęśnik, narozrabiał, to go ewakuowaliśmy i przenocowaliśmy w pokoju służbowym na wykładzinie. Pan myśli, że go zwerbowaliśmy? Nawet nie próbowaliśmy! On potem pochrzcił kolegom ich dorosłe dzieci.

    - A kogo pan nie szanował, wrogów socjalizmu?
    - Przecież gdybym robił krzywdę opozycji, nie pozwolono by mi potem pracować w UOP! Ja nie szanowałem tych, którzy się zgłaszali na ochotnika, że będą informować. Myśmy ich nazywali oferentami. Podchodziliśmy do nich z wielką nieufnością. To urodzeni kapusie. Tacy są wszędzie: w każdym ustroju i o każdym czasie. Ale oczywiście każdy taki sygnał sprawdzaliśmy, bo plenipotencja SB była ogromna. A zresztą, było kim sprawdzać, bo w najlepszych latach pracowało w Opolu 500 esbeków.
    - Co kierowało tymi ochotnikami?
    - Sprawy ideowe, i tacy byli najgorsi. Ogień w oczach, socjalizmu będziemy bronić jak niepodległości, brrr... Ale też motywy były stare jak świat: pieniądze, zazdrość, zdrada, zemsta. Czasem oczywiście trzeba się było posługiwać tak zwanym dobrem państwa, racją stanu, ale częściej motywy były bardziej ludzkie. Niektórzy też się przez współpracę z nami dowartościowywali. Niektórzy robili to z samego szacunku do instytucji państwa, dotyczyło to zwłaszcza Ślązaków.

    - Dużo ich było wśród tajnych współpracowników?
    - Dość dużo, na ogół robotnicy albo chłoporobotnicy. Byli bardzo sumienni i dokładni. No i oszczędni. Mieliśmy takiego informatora, który jeździł na roboty do Niemiec. 150 kilometrów od miejsca, gdzie pracował, mieścił się obóz dla uchodźców. Kazaliśmy mu tam jeździć w wolnych chwilach i spisywać na parkingu rejestracje samochodów z Opolszczyzny. No, ale to było zakomuny. Wtedy się zarabiało w Polsce 30-40 zachodnich marek na miesiąc. A w Niemczech benzyna po marce za litr. No więc on poszedł na szrot i sobie złożył ze złomu rower. I tym rowerem jeździl te 150 kilometrów i spisywał dla nas te auta. W ogóle gorliwy był i chętny, dopraszał się nowych zadań. Kiedyś kolega dla żartu kazał mu policzyć podkłady kolejowe między Zdzieszowicami a Kędzierzynem. I on je policzył... Ten człowiek czuł się w ten sposób ważny. On nienawidził Polski, ale miał respekt do urzędu.
    - Strachem nie werbowaliście? Mówi się o łamaniu, o deptaniu godności...
    - Strach niekoniecznie można wywoływać wybijaniem zębów. Strach rodzi się w wyobraźni. To ją trzeba poruszyć. Choć niektórzy koledzy szli na całość. Kiedyś pewien oficer nie mógł dopaść swego te-wu. Facet się zbiesił, unikał nas, nie otwierał drzwi. No, ale śmieci trzeba kiedyś wyrzucić, więc oficer zaczaił się w śmietniku. I tam przystawił mu lufę do skroni. A gdy odzyskiwałem dla UOP informatorów SB, taki odzyskany powiedział mi: poszedłem na współpracę, bo nie miałem wyjścia, przystawiono mi lufę do czoła. To były metody starszych esebków, moje pokolenie posługiwało się psychologią, a nie pistoletem.

    - Na przykład straszyliście, że powiecie żonie, że facet ma kochankę? Albo że ogłosicie, że ktoś jest homoseksualistą?
    - Poproszę o następne pytanie.

    - Kto wymyślal pseudonim: oficer prowadzący czy sam agent?
    - To były różne szkoły. Współpracownicy byli na ogół tak spięci, że nie umieli nic sensownego wymyślić. I wtedy wybierał oficer. Byli tacy, którzy pytali, jaki pan ma zegarek i wtedy współpracowali z Wostokami, Omegami, Rakietami. A byli też tacy, co kochali się w kamieniach szlachetnych. Wtedy ich agenci to były Szafiry, Bylanty, Piaskowce, Turkusy, Nefryty. Była też inna zasada. Pytaliśmy: masz wroga? Mam. I wtedy współpracownik podpisywał raport pełnym imieniem i nazwiskiem kogoś, kogo nie lubił. To był teraz jego pseudonim. W przypadku zgubienia przez oficera dokumentów wszystko poszłoby na tamtego.

    - Miał pan poczucie, że pracując w SB, pracuje dla dobra Polski?
    - Miałem tę świadomość pracując i w SB, i w UOP. Dziś wcale nie ukrywam tego, że byłem oficerem SB. Wpisałem nawet ten fakt w moje CV.

    - Które złożył pan w firmie prowadzonej przez byłego oficera SB. Co pan teraz robi?
    - Jestem emerytem i wykorzystuję swą wiedzę z czasów pracy w służbach, tylko tyle mogę powiedzieć.

    - Sprawdzał pan listę Wildsteina?
    - Oczywiście! Szukałem tam swoich te-wu. Ta lista jest niepełna, jest tam pomieszanie z poplątaniem.

    - Jest pan za jawnością teczek?
    - Tak, niech każdy ma dostęp do swojej.

    - Poniósł pan koszty pracy w SB?
    - Praca w służbach niszczy. Człowiekowi grubieje skóra, sprawdza rodzinę metodami operacyjnymi, ulega pokusom, nie bywa w domu, pije mnóstwo wódki, rozchodzi się z żoną. Moja rodzina się rozpadła. Gdybym mógł cofnąć czas o 20 lat, inaczej urządziłbym sobie życie. Ale wie pan, co?

    - Co?
    - Chciałbym mieć wtedy tę wiedzę o ludziach, którą zdobyłem w służbach.

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Czytaj także

      Komentarze

      Forum tylko dla zalogowanych.

      Załóż konto / Zaloguj się

      Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      Warto zobaczyć

      Wideo