Dwa tygodnie, które zmieniły Karola

    Dwa tygodnie, które zmieniły Karola

    Zdjęcie autora materiału

    Nowa Trybuna Opolska

    Z Danutą Michałowską, profesorem Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Krakowie i aktorką, rozmawia Danuta Nowicka
    - Karola Wojtyłę poznała pani 65 lat temu. Kawał czasu...
    - O, tak. Świat był wtedy inny, życie inne, my byliśmy inni. W sierpniu 1940 roku, kiedy poznałam Wojtyłę, miałam 16 lat i pracowałam jako maszynistka (gdybym się nie podporządkowała przymusowi pracy, wywieziono by mnie na przymusowe roboty). Znajomi zaproponowali, czybym do nich nie przeszła, nie związała się z podziemną grupą teatralną, którą opiekował się Juliusz Osterwa.
    Oczywiście chętnie się zgodziłam, od najmłodszych lat recytacja była moją pasją. Zespół tworzyło kilkanaście osób, m.in. Wojtyła i Juliusz Kydryński, brat Lucjana, po roku dołączył także Mieczysław Kotlarczyk, nauczyciel gimnazjalny z Wadowic, którego Karol namówił na przeniesienie się do Krakowa. To właśnie Kotlarczyk i cztery inne osoby dały początek przyszłemu Teatrowi Rapsodycznemu

    - Nazwisko Wojtyła coś pani mówiło?
    - Widziałam go w "Kawalerze księżycowym", poetyckiej sztuce Mariana Niżyńskiego, wystawionej przez wadowicką Konfraternię Teatralną w czerwcu 39 roku na Dni Krakowa. W scenerii dziedzińca Collegium Nowodworskiego przy ulicy Świętej Anny pojawił się jako Byk, jeden ze znaków zodiaku. Wystąpił w stroju boksera - czarnych spodenkach, białej koszulce i rękawicach bokserskich. Niósł maskę Byka, potem ją założył. Kiedy po raz pierwszy przyszłam na spotkanie w mieszkaniu państwa Kydryńskich, od razu go rozpoznałam. Różnił się od swoich kolegów choćby słusznym wzrostem. Przypuszczam, że miał wtedy około metra osiemdziesiąt, a mężczyźni nie byli wtedy tak wysocy jak dzisiaj. A ten głos... Piękny, aksamitny, o niezwykłej barwie. Przez 43 lata byłam profesorem w szkole teatralnej, miałam wielu bardzo dobrych studentów, zawsze brałam udział w komisji egzaminacyjnej, gdzie przewinęło się wielu późniejszych wybitnych aktorów, od Holoubka począwszy, ale nigdy już takiego głosu nie słyszałam. Poza tym ten dwudziestoletni chłopak miał w sobie coś promiennego i ogromną życzliwość dla każdego.
    - Był otwarty?
    - Z używaniem tego słowa byłabym ostrożna. Był szczery, a równocześnie zamknięty. Nigdy o sobie nie opowiadał, dopiero po dłuższym czasie dowiedzieliśmy się na przykład, że umarł mu ojciec, choć stało się to wówczas, gdy już pracowaliśmy razem. Niewiele mówił o Wadowicach, dopiero po przyjeździe doktora Kotlarczyka można było się o nich cokolwiek dowiedzieć. W naszym zespole mieszkańców tego wówczas 10-tysięcznego miasteczka było troje, z Hanką Królikiewiczówną włącznie, nas dwoje, nic więc dziwnego, że często zaczęło pojawiać się w rozmowach. Usłyszeliśmy, że w tamtejszym kościele słynny ksiądz Prochownik rzucał anatemę na narciarki, jeśli miały czelność pokazać się na mszy w spodniach, zaś wikary nie zawahał się uczniowi na pytanie, czy to prawda, że człowiek pochodzi od małpy, odpowiedzieć: "Jo nie, ale ty może tak".
    - Grupa teatralna działała w pełnej konspiracji?
    - Schodziliśmy się pojedynczo, żeby nie zwracać uwagi, spotykaliśmy się w prywatnych domach, a jeśli obok kogoś aresztowano, natychmiast zmienialiśmy adres. Pracowaliśmy niemal bez przerwy ze względu na godzinę policyjną - stosunkowo wcześnie trzeba było zdążyć do domu. Nikt z nas nie miał przepustki nocnej. Poza Karolem, bo jako kamieniarz w Solvayu pracował na trzy zmiany.
    - Napisała pani kiedyś, że był najmądrzejszy, najlepiej wykształcony, najlepszy na scenie.
    - Bo to była prawda. Także wysportowany: chodził po górach, jeździł na nartach, kopał piłkę. No i bardzo przystojny.
    - Nie był jednak typem amanta. Raz tylko, w teatrze szkolnym w Wadowicach grał rolę Gucia. Autor recenzyjki w gazetce szkolnej zauważył, że z odtwórczynią Klary sprawiali wrażenie naprawdę zakochanych.
    - Dziennikarze wiele razy dopytywali się mnie o sprawy osobiste papieża, zanim został księdzem. Najwyraźniej szukali wątku sensacyjnego. Zawsze stanowczo stwierdzałam, że nie znam takiego, że nigdy nie słyszałam o jakiejś dziewczynie, która próbowałaby zdobyć jego serce. Widzi pani, dziewczyny w tamtych czasach zachowywały się inaczej niż obecnie, powściągliwie, a sposób bycia Karola jeszcze bardziej je onieśmielał.
    - Który z jego występów scenicznych ceni pani najwyżej?
    - Na pewno podczas premiery "Króla-Ducha", w listopadzie 41. Był Dzień Zaduszny, zapalone świece, białe chryzantemy, maska Słowackiego na tle ciemnej kotary. I punkt kulminacyjny, końcowy fragment w wykonaniu Karola. To był szczyt jego aktorstwa! Napisałam w kronice Teatru Rapsodycznego: "Ani wcześniej, ani później nigdy nie słyszałam, by zdobył się na taką siłę wyrazu, na takie wstrząsające dramatyczne przeżycie. My, którzy uczestniczyliśmy we wszystkich próbach i znaliśmy każdy akcent na pamięć - staliśmy oniemiali i zaklęci".
    - Ale sukces już się nie powtórzył.
    - Dwa tygodnie później powtarzaliśmy przedstawienie w innym mieszkaniu, dla innej publiczności i, proszę sobie wyobrazić nasze zdumienie, kiedy Karol wystąpił z zupełnie inną interpretacją. W ciągu tych dwu tygodni najwyraźniej coś się w nim przemieniło. Jego wcześniejszy Bolesław Śmiały, którego przygody doprowadziły do zabójstwa biskupa i późniejszego świętego Stanisława, to był król z temperamentem, pełen przekonania, pasji. Po dwóch tygodniach ten sam tekst, rozpoczynający się od słów - "Oto ten biskup, ta gadzina, chce mnie gryźć w serce" - wypowiedział ściszonym głosem, monotonnie, refleksyjnie, bez najmniejszej nuty wyzwania. Rzuciłyśmy się na niego: "Co ty robisz, dlaczego zmieniłeś interpretację?". Odpowiedział: "Przemyślałem. Tak ma być. Przecież to spowiedź". Pewno już dojrzał do tego, że zostanie księdzem.- Przyszły papież, który z upodobaniem gra Słowackiego, i Słowacki - autor wiersza "Pośród niesnasek...", który zapowiada Polaka na tronie w Watykanie. Czy istnieje bodaj nikły związek pomiędzy tymi dwoma elementami? Może rozmawiała pani z Ojcem Świętym na ten temat?
    - Nie śmiałabym. On oczywiście znał ten wiersz, inni także wiedzieli, że mówi o Nim. Podobnie, dodałabym, było z widzeniem księdza Piotra u Mickiewicza - "biała szata, która ogarnia cały świat, na trzech stoi koronach, a sam bez korony, a życie Jego trud trudów, a tytuł Jego lud ludów". Oczywiście te analogie można nazwać przypadkiem, ale żeby tak dokładnie się sprawdziło... I jeszcze przepowiednia z Tęgoborza z około 1890 roku. Na jakimś seansie spirytystycznym podyktowano wiersz o pomazańcu z Krakowa.

    - Jak pani przyjęła wiadomość o wyborze papieża?
    - Spokojnie. Wszyscy w Krakowie spodziewaliśmy się tego, ponieważ byliśmy świadomi niezwykłości naszego kardynała. Ale przedtem... Po śmierci Pawła VI wybrano kardynała Luciano. Opadły nam ręce, równocześnie odetchnęliśmy z ulgą - Jeszcze nie, na szczęście nie wyjedzie, zostanie z nami. Ale to był zaledwie moment wyciszenia. 29 września odprawił mszę z okazji jubileuszu sakry biskupiej, następnego dnia przychodzę na uczelnię. "Pani rektor wie, że umarł papież?!" - pyta woźna. Odpowiadam - "Proszę pani, od ponad miesiąca", a ona: - "Nie, ten nowy nie żyje". Stanęłam jak słup soli. Już wiedziałam, co nastąpi.
    - W papieskich szatach po raz pierwszy zobaczyła pani Karola Wojtyłę na Skałce podczas spotkania ze światem kultury i nauki. A prywatnie?
    - Prywatnych rozmów z papieżem nie śmiałam prowadzić. Mówiłam do niego "Ojcze Święty", on do mnie - "Danusiu". To były rozmowy związane ze wspólną przeszłością. Nie mogłam sobie np. przypomnieć, czy na premierze "Przepióreczki" był obecny Osterwa, kłóciłam się o to przez wiele lat, a teraz pisałam artykuł i chciałam mieć pewność. Spytałam papieża. - "Wiesz" - powiedział - "chyba go nie było". Początkowo byłam bardzo na kolanach, potem zorientowałam się, że to ten sam człowiek co dawniej. Jeśli chodzi o stosunek do dawnych przyjaciół i kolegów z wujkowej grupy - w ogóle się nie zmienił. Jeden z profesorów uniwersytetu, w Watykanie powiedziawszy "Wasza Świątobliwość", spotkał się z reprymendą - "Coś ty zwariował? Przecież jestem waszym wujkiem". Z kolei kiedy Krzysztof Rybicki ciężko zachorował i leżał umierający w szpitalu, papież do niego zatelefonował, a na zakończenie rozmowy razem zaśpiewali hymn żeglarski. W rocznicę jego śmierci wdowa odwiedziła papieża z całą rodziną. Oczywiście pięcioletni wnuk siedział koło Ojca Świętego, który cały czas prowadził z nim pertraktacje specjalne.
    - Wiem, że radziła się pani papieża w osobistych sprawach.
    - Tak, choć czasem były to problemy nie do rozstrzygnięcia. Traktowałam go jako najwyższy autorytet. Nikogo wspanialszego nie spotkałam.
    - W pewnym stopniu był jednak izolowany od spraw świeckich, nie miał z nimi bardzo bliskiej styczności.
    - Miał, miał. Kontaktował się z licznymi znajomymi, każdego człowieka traktował specjalnie, o każdym wiedział, co należało wiedzieć. Z zadziwiającą liczbą ludzi w Krakowie utrzymywał bliskie kontakty. Gdy spowiadał u Panny Marii, stały do niego długie kolejki.
    - Dostęp do papieża był już trudniejszy...
    - Mnie to specjalnie nie dotknęło. Ksiądz Dziwisz zawsze czekał przy windzie, przeprowadzał do kaplicy, salonu albo jadalni. Do śniadania czy kolacji zasiadaliśmy przy długim stole, przykrytym białym obrusem i zastawionym ładną, choć wcale nie wykwintną porcelaną. Siostry sercanki, jak to zakonnice, obsługiwały bardzo sprawnie i cicho. Dania były smaczne, choć nieskomplikowane, jeść należało szybko, posiłki trwały nie dłużej niż pół godziny. Wieczorem arcybiskup Stanisław przypominał: "Ojcze Święty" - i wymownie wskazywał na zegarek. Bardzo dbał, by papież udał się na spoczynek nie później niż o wpół do dziewiątej.
    - Nie było więc czasu na podjęcie osobistych tematów...
    - Te załatwiałam listownie. Zachowałam kilkanaście listów papieskich, pisanych odręcznie, potem odpisywała jedna z sióstr pod jego dyktando. Pod koniec życia papież miał zwyczaj odpisywać na kopercie nadawcy, pismo stawało się coraz mniej wyraźne, ale siostra przenosiła to wszystko na komputer. Wracając do mojej obecności w pałacu papieskim: po posiłku zdarzało się, że siostry zapraszały mnie do dużej, pięknej kuchni, żeby dowiedzieć się, co w Polsce, w Krakowie, jak udały mi się występy. Wysyłałam papieżowi kasety ze swoimi nagraniami, a on, jak się okazało, udostępniał je sercankom.
    - Sądzi pani, że znajdywał czas, by ich słuchać?
    - Nagrane przeze mnie utwory - "Rzecz o wolności słowa" Norwida, na stulecie śmierci poety, i "Raj utracony" Miltona uczynił nawet tematem swoich wielkopostnych rekolekcji. To największy sukces, jaki mnie w życiu spotkał.
    - Do jakiego stopnia predyspozycje i umiejętności aktorskie dały o sobie znać, gdy Karol Wojtyła osiadł na stolicy Piotrowej? Jak pani sądzi - czy mu w jakiś sposób pomogły?
    - Jakżeby inaczej. Przecież jako papież nieustannie występował. Temat się zmieniał, ale słowo, jego interpretacja... Niech pani posłucha, jakie robi pauzy, jak intonuje. Bez wątpienia był wielkim mówcą, a to, że pracował nad emisją głosu, wymową, poprawnością, mogło mu tylko pomóc. Różnica pomiędzy czasami krakowskimi i watykańskimi polegała wyłącznie na tym, że najpierw nie brał do ręki kartki, a potem, pewno ze względów proceduralnych, czytał. Zdarzały się jednak odstępstwa. Na Skałce zwrócił się do młodzieży: "Coś tu przygotowałem, ale przy was nie będę tego używał". Cały papież!
    - Jakiego papieża przede wszystkim pani pamięta?
    - Z okresu, kiedy był jeszcze młodszy i zdrowy. A szczególnie ze spotkania na Skałce. Pojawiło się około dwu tysięcy ludzi i, proszę mi wierzyć, nie było nikogo, kogo on by nie znał. Miał kontakty z rozmaitymi ludźmi, a do tego znakomitą pamięć. Pani Grocholska, autorka wielu dzieł religijnych, choćby pięknej drogi krzyżowej dla kaplicy w Pniewach, miejsca pochówku św. Urszuli Ledóchowskiej, podczas audiencji w Watykanie chciała zwrócić na siebie uwagę. Kiedy papież przechodził obok, witał się, błogosławił - był jeszcze stosunkowo sprawny - zawołała - " Plastycy z Krakowa pozdrawiają Ojca Świętego". To go zatrzymało. - "A kim pani jest?" - spytał. "Anna Grocholska". "Siostra tej narciarki?". Opowiadała potem, że ręce jej opadły. Inną historię opowiadał mi ksiądz profesor filozofii moralnej. To było wiele, wiele lat temu, gdy wszyscy o niczym nie mówili, tylko o Ojcu Świętym, przy mnie szczególnie: Z papieżem zetknął się na jakiejś sesji, tylko raz zabrał głos. Potem, kiedy pojechał do Rzymu, nie sam, z grupą księży, Ojciec Święty zagaił: "I co, księże profesorze? Ciężkie nastały czasy dla moralistów".
    - Zrewanżuję się inną anegdotą. Otóż Jerzy Stuhr pomylił się, recytując wiersz Karola Wojtyły w jego obecności. Podobno tekst został niedokładnie zapisany. Po latach w Watykanie papież przywitał go słowami: "Teraz ma pan okazję się zrehabilitować". Aktor nie liczył się z takim zaproszeniem, tekstu nie pamiętał w całości. Jedyne, co mu pozostało, to w odpowiednim momencie odegrać wzruszenie. Tak wielkie, że odbiera głos.

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Czytaj także

      Komentarze

      Forum tylko dla zalogowanych.

      Załóż konto / Zaloguj się

      Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      Warto zobaczyć

      Wideo

      Gry On Line - Zagraj Reklama