Siedziałem za marzenia

    Siedziałem za marzenia

    Zdjęcie autora materiału

    Nowa Trybuna Opolska

    Z Pawłem MAŻEJKĄ, białoruskim opozycjonistą, byłym więźniem politycznym, współzałożycielem Domu Praw Człowieka, rozmawia Krzysztof ZYZIK

    Paweł Mażejka
    dysydent, przewodniczący Białoruskiego Towarzystwa Dziennikarskiego, współzałożyciel Domu Praw Człowieka, szef niezależnej gazety "Den", drukującej się w rosyjskim Smoleńsku (na Białorusi ma zakaz druku). Współpracuje z radiem Swaboda i niezależną agencją informacyjną BelaPAN. W 2002 roku za krytyczny teskt o prezydencie Łukaszence w gazecie "Pahonia" został skazany na 2 lata więzienia (odsiedział 7 miesięcy). Mażejka jest absolwentem historii i kulturoznawstwa Uniwersytetu Grodzieńskiego im. Janki Kupały. Jego praca dyplomowa - najlepsza na uczelni - nosiła tytuł "Białoruska młodzież na przełomie epoki: lata 80.-90. XX stulecia".



    - Polska telewizja informuje o nagonce reżimu Łukaszenki na Polaków, których uważa się u was za agentów Ameryki. Jak to w praktyce wygląda?
    - Telewizja państwowa pokazuje na okrągło skorumpowanych polskich dyplomatów, np. jak liczą dolary. Takie sfałszowane montaże robią. Komentatorzy mówią, że Polacy chcą z Białorusi zrobić Kosowo. Taka histeria propagandowa trwa od kilku miesięcy i jej ofiarą padają nie tylko Polacy, ale też inni nasi sąsiedzi. Tradycyjnie jednak najbardziej dostaje się USA.
    - Czego się tak reżim wystraszył, przykładu Ukrainy?
    - Faktycznie zaczęło się to od zwycięstwa Juszczenki na Ukrainie, Łukaszenka wszędzie teraz węszy wroga. Histeria władzy wzmogła się po wypowiedzi amerykańskiej sekretarz stanu Condoleezzy Rice, która powiedziała w Rydze, a więc bardzo blisko nas, że Białoruś jest ostatnią dyktaturą Europy i Białorusini zasługują na lepsze życie. To dotarło do na ogół nie interesującego się polityką przeciętnego Białorusina. Do tego stopnia, że ludzie w sylwestra wznosili toast za Juszczenkę. Łukaszenka czuje te nastroje, więc wzmógł akcję propagandową i codziennie w telewizji pokazuje, jak to na Zachodzie ciągle są zamachy, demonstracje, morderstwa, procesy łapówkarzy itp.
    - A w Ameryce biją Murzynów...
    - Dokładnie tak. A zaraz po tych zatrważających informacjach ze świata oglądamy spokojne i budujące kadry z naszym prezydentem, który codziennie, bez wyjątku, coś pozytywnego dla kraju robi.
    - Osiem lat temu byłem z grupą dziennikarzy w Mińsku. Kiedy pilnujący nas bezpieczniacy donieśli, że spotykamy się wieczorami z opozycją, spędzili nas pod eskortą milicji na spotkanie z Łukaszenką w przedszkolu, gdzie prezydent wręczał dzieciom magnetowid.
    - No i dalej takie szopki są odstawiane, codziennie to telewizja pokazuje. A to coś pan prezydent wręcza dzieciom z domu dziecka, a to odkręca kurek z gazem czy otwiera wodociąg na wsi, a to wsiada na traktor i orze kołchozowe pole.
    - A przeciętny Białorusin kupuje tę propagandę?
    - Jedni tak, inni nie. Ale np. na wsiach ludzie są na ogół dumni ze swojego prezydenta. Oni oglądają jeden państwowy kanał telewizyjny, czytają - często zmuszani do prenumeraty - jedną regionalną gazetę wydawaną przez administrację Łukaszenki. Po 11 latach panowania jednego prezydenta polityka kojarzy im się już tylko z nim.
    - A opozycyjne media?
    - Są niezwykle słabe, odbierane przez wąskie elity. Tylko w ostatnim roku Łukaszenka zamknął 25 gazet. U nas, w przeciwieństwie do Ukrainy, nie ma prywatnych stacji telewizyjnych, a dostęp do internetu ma garstka ludzi i to przeważnie tych, których nie trzeba już do niczego przekonywać, bo dawno są przekonani.
    - A jak żyje przeciętny Białorusin?
    - Skromnie, ale nie głoduje. W sklepach na ogół są najpotrzebniejsze rzeczy, tylko ludzi na niewiele stać, bo średnia płaca wynosi w przeliczeniu około 400 złotych. Wszystko jest drogie, więc ludzie kombinują, dorabiają jak mogą, mieszkańcy miast na małych grządkach pod swoimi blokami sadzą kartofle na zimę. Dla większości młodych Białorusinów, szczególnie tych ze wsi, szczytem marzeń jest zostać milicjantem, bo tam się zarabia o wiele więcej niż gdzie indziej.
    - Czy opozycja ma lidera, który byłby w stanie w odpowiednim momencie spełnić taką rolę jak 25 lat temu Wałęsa czy w ubiegłym roku Juszczenko?
    - Niestety, nie mamy jednego lidera. Czołówka opozycji to kilkunastu zdolnych, poważnych ludzi, którzy na pewno są kompetentni, by objąć najwyższe urzędy na Białorusi.
    - I oni wszyscy jednocześnie wskoczą na trybunę, kiedy na centralnym placu w Mińsku rozgorzeje rewolucja?
    - Dziś tak by to wyglądało. Ale od kilku lat opozycja próbuje się jednoczyć. To jest trudne, bo na Białorusi mamy opozycyjnych konserwatystów, liberałów, a nawet komunistów. Trudno ich spiąć pod jednym sztandarem.
    - Kto będzie bronił Łukaszenki, kiedy społeczeństwo wybuchnie?
    - To zależy, co się stanie, jaki zasięg będzie miała rewolucja. Ostatnio weszło nowe prawo, zezwalające strzelać do ludzi podczas demonstracji, jednak na rozkaz prezydenta. Pytanie brzmi, czy generałowie posłuchaliby takiego rozkazu. Pewnie jak będzie 20 tysięcy demonstrantów, to ludzi rozpędzą. Ale już 200 tysięcy, czy pół miliona, oznacza wielką niewiadomą. Jedno jest dla mnie pewne - Łukaszenka sam się nie podda, bo to nie jest taki polityk jak Szewardnadze czy Kuczma, który może pod wpływem jakichś negocjacji dobrowolnie oddać władzę. Finał białoruskiej rewolucji będzie taki, że w krytycznym momencie prezydenta zdradzą służby porządkowe i armia. Zrobią to z czystego wyrachowania.
    - Łukaszenka ma swoich oligarchów?
    - Największy oligarcha na Białorusi to administracja prezydencka. Oni już zagarnęli sporą część gospodarki, mają nawet wykupione wielkie połacie Puszczy Białowieskiej. Każdy choć trochę większy biznes musi być u nas pod kontrolą władzy. Opozycyjna prasa pisze ostatnio o zagranicznych kontach Łukaszenki. Spekuluje się, że prezydent wyprowadził już z kraju około 11 miliardów dolarów.
    - W jaki sposób jest dyskryminowana opozycja?
    - Prezydent wykorzystuje służby specjalne, milicję, prokuraturę i sądy. W tej chwili trwają procesy kryminalne przeciwko czterem liderom opozycji. Nikt nie ma wątpliwości, że zostaną skazani i pójdą do więzienia. To jest tzw. zaczystka przed wyborami prezydenckimi w 2006 roku. Na niedawnej demonstracji w Mińsku OMON pobił do utraty przytomności innego lidera opozycji.
    Jeden z byłych opozycyjnych posłów został niedawno absurdalnie oskarżony o przyjęcie łapówki i grozi mu siedem lat więzienia.
    - Pan też siedział?
    - To było małe piwo.
    - Przypomnijmy.
    - To się stało przed wyborami prezydenckimi, w 2001 roku. Napisałem do gazety "Pahonia" komentarz, jakiego prezydenta chciałbym w Białorusi. Jutro, za 10 albo za 100 lat. Bez dat, nazwisk, tak ogólnie. Pisałem, że marzę, aby prezydent nie robił wrogów z moich sąsiadów - Litwinów, Polaków, Ukraińców. Pisałem też, że nie jest wart mojego głosu człowiek, który walczy z oponentami politycznymi niszcząc ich. Prokuratura ten mój spis marzeń odebrała jako zniesławienie urzędującego prezydenta Białorusi. Dostałem dwa lata więzienia, a mój naczelny dwa i pół roku. Ale już po siedmiu miesiącach wypuścili mnie za dobre sprawowanie.
    - Jak było w więzieniu?
    - Siedziałem oczywiście z kryminalistami. Oni, a nawet milicjanci, którzy mnie pilnowali, rozumieli absurdalność sytuacji. Jeden morderca powiedział mi: Paweł, ty jesteś jedyny, który tu siedzi za nic. Dużo rozmawialiśmy wtedy o polityce.
    - Jak to się stało, że trafił pan do opozycji, a nie został miliciantem z dobrą pensją?
    - Dorastałem na początku lat 90., kiedy na Białorusi panowała względna demokracja. Na uniwersytecie w Grodnie każdy z nas, młodych ludzi, budował jakieś ambitne plany na przyszłość. Chcieliśmy się rozwijać, chcieliśmy podróżować. Czuliśmy się Europejczykami. I w 1994 roku, po wyborze Łukaszenki na prezydetna, nagle uderzyliśmy w ścianę. Okazaliśmy się niepotrzebni naszej ojczyźnie. Przestało się liczyć nasze wykształcenie, znajomość języków. Liczyła się tylko lojalność i ideologiczna wierność systemowi. To nas pchnęło w opozycyjną działalność.
    - Ile czasu pan jeszcze daje reżimowi, kiedy będzie wasza pomarańczowa rewolucja?
    - To jest bardzo ciężko powiedzieć, bo u nas są zupełnie inne warunki niż na Ukrainie. Nie mamy wolnej legalnej prasy, nie mamy niezależnego kanału telewizyjnego, nie mamy niezależnego sądownictwa. Na Ukrainie trochę tej niezależności było, bo to w końcu Sąd Najwyższy uznał protesty wyborcze, a potem zwycięstwo Juszczenki. My wierzymy, że sytuacja i u nas się zmieni, tylko strasznie trudno powiedzieć kiedy.
    - Dziękuję za rozmowę.

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Czytaj także

      Komentarze

      Forum tylko dla zalogowanych.

      Załóż konto / Zaloguj się

      Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      Warto zobaczyć

      Wideo

      Gry On Line - Zagraj Reklama