"Papa" Musioł - opolski anioł stróż

    "Papa" Musioł - opolski anioł stróż

    Krzysztof Ogiolda <a href="mailto:kogiolda@nto.pl">kogiolda@nto.pl</a> 077 44 32 581

    Nowa Trybuna Opolska

    Aktualizacja:

    Nowa Trybuna Opolska

    Prof. Franciszek Marek, w tle portret Wojciecha Korfantego.

    Prof. Franciszek Marek, w tle portret Wojciecha Korfantego.

    Rozmowa z prof. dr. hab. Franciszkiem Markiem, emerytowanym profesorem Uniwersytetu Opolskiego.
    Prof. Franciszek Marek, w tle portret Wojciecha Korfantego.

    Prof. Franciszek Marek, w tle portret Wojciecha Korfantego.

    Materiały podobne

    Portret

    Portret


    Prof. dr hab. Franciszek Marek urodził się 18 grudnia 1930 r. w Bełku. Jest synem powstańca śląskiego.
    W okresie wojny zajmował się działalnością konspiracyjną. Po wojnie uczył się w Prywatnym Gimnazjum i Liceum Katolickim im. św. Jacka w Katowicach. Przez rok pracował w Szkole Podstawowej w Rzeczycach koło Gliwic, a następnie podjął studia polonistyczne na Uniwersytecie Wrocławskim. W 1953 roku otrzymał nakaz pracy w Liceum Ogólnokształcącym w Gogolinie, gdzie mieszka do dziś. Następnie podjął pracę jako nauczyciel akademicki w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Opolu. W roku 1964 doktoryzował się na Uniwersytecie Wrocławskim, a w 1972 habilitował na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez prawie 30 lat kierował Katedrą Historii Oświaty i Wychowania w WSP w Opolu. Był wicedyrektorem Instytutu Pedagogiki oraz prorektorem uczelni. W 1995 roku został pierwszym rektorem Uniwersytetu Opolskiego. Promował ponad 1200 magistrów i 15 doktorantów, jako recenzent uczestniczył w ponad 30 przewodach doktorskich. Jego dorobek obejmuje ponad 150 publikacji, w tym 11 książek, wśród nich prace o tematyce śląskiej oraz pozycje dotyczące kontaktów polsko-niemieckich. Wykładał m.in. na uniwersytetach w Kilonii, Poczdamie, Aachen i Klagenfurcie oraz na uczelniach koreańskich - w Seulu, Puzan i Tejgu. Po przejściu na emeryturę został dziekanem Wydziału Pedagogicznego w Wyższej Szkole Zarządzania i Administracji w Opolu.
    Prof. Franciszek Marek jest również działaczem społeczno-oświatowym, pełni funkcję prezesa Zarządu Wojewódzkiego Towarzystwa Wiedzy Powszechnej.



    - W ostatnich dniach rozgorzała w Opolu na nowo dyskusja o Karolu Musiole, gospodarzu stolicy regionu sprzed lat. Towarzystwo Przyjaciół Opola chce mu wystawić pomnik za pieniądze z budżetu miasta. Pan profesor postawiłby mu monument?
    - Jeśli jakiś opolanin zasłużył na takie upamiętnienie, to z pewnością właśnie Karol Musioł. A już na pewno jest to postać zasługująca na głęboki szacunek. Tak jak katowicki Śląsk miał w czasach PRL szczęście do wojewody Jerzego Ziętka, tak opolanie mogą się cieszyć, że gospodarzem ich miasta był w latach 50. i 60. Karol Musioł.

    - Czym się wyróżniał?
    - Był nie tylko świetnym gospodarzem, ale znał także stosunki ludnościowe na Opolszczyźnie. Nic dziwnego, bo był autentycznym Ślązakiem z Wodzisławia. Jestem przekonany, że nikomu w mieście i w regionie nie zaszkodził. Wprost przeciwnie - starał się pomagać wszystkim. Pamiętam dobrze, jak przychodził czasem do mnie do ówczesnej Wyższej Szkoły Pedagogicznej wstawiać się za jakimś młodym człowiekiem. "Jo wiym, że łon jest trocha ospały - mówił gwarą - ale łoboczysz, że łon się weźmie do roboty i bydzie śniego dobry studynt". Musioł to był naprawdę człowiek wrażliwy na innych, gotowy pomagać każdemu.

    - Czym jeszcze zachował się w pańskiej pamięci?
    - Pierwsze skojarzenie, jakie przychodzi mi do głowy, to obraz Karola Musioła, którego spotykałem, wracając nocnym pociągiem z Warszawy. Wychodziłem koło czwartej, piątej rano z dworca PKP w Opolu i widziałem Musioła, jak podniesionym głosem strofował sprzątaczy zamiatających chodniki i ulice. To był równocześnie prostolinijny, skromny człowiek i dobry gospodarz. Miał nie tylko znakomite pomysły, ale w dodatku potrafił sobie dobrać współpracowników, którzy jego inicjatywy wcielali w życie. Wszyscy wiedzą, że Musioł wymyślił festiwal piosenki, ale tę jego ideę realizowała potem Teresa Stępień, która była jego zastępczynią. Miałem to szczęście, że znałem ich oboje osobiście i wiem, że ona górowała nad Musiołem wiedzą i intelektem, ale mimo tego miała dla niego nie tylko szacunek, ale wręcz kult.

    - Radni niechętni pomnikowej inicjatywie zarzucają Musiołowi, że był przewodniczącym Miejskiej Rady Narodowej w komunistycznych czasach i jako człowiek hołubiony przez partię na monument nie zasługuje...
    - Musioł absolutnie nie był pieszczochem partii. Proszę pamiętać, że w PRL długo utrzymywał się system dwuwładzy. Każdy wydział administracji miał swój odpowiednik w komitecie PZPR. W tej sytuacji Musioł był przez wielu partyjnych działaczy wręcz znienawidzony. Przecież w Opolu za jego czasów każdy znał "papę" Musioła, a nikt nie wiedział, jak nazywa się I sekretarz komitetu miejskiego partii. Ta niechęć wynikała zwyczajnie z zazdrości, bo Musioł sobą, swym formatem zasłaniał wszystkich.

    - Jak to się stało, że on, Ślązak z urodzenia i wychowania, na początku lat 50. objął stanowisko przewodniczącego Prezydium Miejskiej Rady Narodowej (odpowiednik dzisiejszego prezydenta miasta)?
    - Sam się nad tym często zastanawiałem. Nielicznych Ślązaków Polaków dopuszczono do władzy przede wszystkim po przełomie 1956 roku. Wcześniej władze obawiały się, że Ślązacy tradycyjnie katoliccy mogą być nie dość gorliwymi krzewicielami socjalizmu. Proszę zwrócić uwagę, że w Opolu nie dopuszczono do najwyższych władz żadnego powstańca śląskiego, a na czarnym Śląsku zrobiono wyjątek dla Ziętka.

    - Skoro tak, to dlaczego Musioł się wybił?
    - Trzeba pamiętać, że powojenne Opole było bardzo mocno zrujnowane, a dzięki gospodarskim umiejętnościom Musioła szybko stawało na nogi. To była w tamtych czasach kwestia polityczna, bo polskie ziemie zachodnie i północne były w Niemczech uważnie obserwowane. Niemieckie gazety chętnie pokazywały w reportażach z ziem utraconych przez Niemcy ruiny, zgliszcza i bałagan. Musioł ze swoją troską o porządek i o estetykę miasta, o kolejne inwestycje był zwyczajnie władzom w Warszawie potrzebny, bo podnosił ich prestiż. On z tą swoją dbałością o piękno miasta bardziej pasowałby do naszych czasów niż do siermiężnego, gomułkowskiego PRL-u.

    - Za co lubili Musioła mieszkańcy Opola?
    - Nie waham się powiedzieć, że "papa" Musioł to był swego rodzaju anioł stróż Opola. Nie ukrywał swoich śląskich korzeni, zresztą akcent go zdradzał, ale jego siłą było to, że wszyscy go akceptowali, łącznie z repatriantami z kresów. Ludzie cenili to, że miał czyste ręce. Nie dorobił się na władzy. Wiem to dobrze, bo odwiedzałem go w jego domku w Dąbrowie Niemodlińskiej, dwa razy mniejszym od mojego.

    - Drugi głośny argument przeciw upamiętnieniu Musioła to jego służba w Wehrmachcie podczas wojny. Pan - syn powstańca śląskiego - potępiłby go za nią?
    - Ani trochę. Musioł mieszkał w Wodzisławiu, a więc na polskiej części Śląska, ale ten stan trwał tylko do 1939 roku. Po włączeniu tych terenów do Rzeszy nie mógł uniknąć wcielenia do Wehrmachtu. Władze niemieckie były pod tym względem niezwykle rygorystyczne. Do armii powoływano nawet członków Związku Polaków w Niemczech. Zwykle wcielano ich od razu do karnej kompanii, ale nie zwalniano ze służby wojskowej. W III Rzeszy traktowano ją jako obowiązek konstytucyjny, a uchylenie się od wojska było karane bardzo surowo. Nawet nie obozem koncentracyjnym, ale natychmiastową karą śmierci przez rozstrzelanie.

    - Czy powstańcy śląscy też byli powoływani do armii niemieckiej?
    - Niemcy powoływali wszystkich, a pod koniec wojny byli szczególnie skrupulatni. Znam przypadek mężczyzny z rodziny powstańczej, którego powołano właśnie pod koniec wojny i na wszelki wypadek nie dano mu do ręki broni. Pełnił tylko służbę przykoniach. Przypomnę, że większość powstańców zamieszkała po ustaleniu się granicy po polskiej stronie Śląska. Na kolei w Rudzie Śląskiej cała obsada stacji to byli powstańcy z Gogolina i okolic. Kiedy Niemcy wkroczyli do Polski, mieli dokładnie ustalone, kogo mają aresztować, kogo rozstrzelać na miejscu itd. Mój ojciec - powstaniec - został uznany za Polaka i nie groziło mu powołanie do armii niemieckiej. Musiał natomiast nosić literę "P" na ubraniu i nie wolno mu było mieszkać w domu z rodziną. Ale już my, jego dzieci, zostaliśmy przypisani mamie i dano nam listę niemiecką "do odwołania". Mojemu bratu Ernestowi zabrakło pół roku do powołania do Wehrmachtu. Gdyby wojna trwała trzy lata dłużej, to i ja zostałbym zmobilizowany. Osoby, które wypominają papie Musiołowi przynależność do Wehrmachtu, zwyczajnie nie znają historii. Wypominanie tej służby jakiemukolwiek obywatelowi państwa niemieckiego jest - nie waham się tak tego powiedzieć - łajdactwem i ciemnotą.

    - Jak zachowywali się Ślązacy w Wehrmachcie?
    - Ślązacy wcieleni do armii niemieckiej nie stawali się automatycznie patriotami niemieckimi, a tym mniej faszystami. Proszę pamiętać, że 140 tysięcy Ślązaków przeszło z armii niemieckiej na drugą stronę. Często przechodzili całymi grupami, nie tylko na Zachodzie, ale także na froncie wschodnim.

    - Ale reszta pozostała w szeregach armii niemieckiej. Jak ich pan ocenia?

    - Nie potępiłbym nikogo. Ci ludzie byli w podobnej sytuacji jak polscy oficerowie, którzy dowodzili oddziałami walczącymi w armii rosyjskiej przeciwko powstańcom styczniowym i listopadowym. Oni z patriotycznych pobudek, skoro składali uroczyście przysięgę wojskową, czuli się w sumieniu zobowiązani do jej przestrzegania, ale to jeszcze długo nie czyni ich faszystami. Skoro chcemy być tak rygorystyczni, to pytam: Dlaczego Śląsk mierzy się inną miarą niż resztę Polski? Jeśli Ślązakom wypomina się ich służbę w Wehrmachcie, to trzeba by wypominać większości oficerów sztabowych Wojska Polskiego w XX-leciu międzywojennym, że nosili mundury państw zaborczych - Austrii i carskiej Rosji. Tym bardziej, że szeregowym zostaje się z poboru, a oficerem z wyboru. Bądźmy krytyczni, ale nie bądźmy obłudni.

    - Informacja o tym, że dziadek Donalda Tuska był żołnierzem Wehrmachtu, zadecydowała prawdopodobnie o jego porażce w wyborach prezydenckich. Akceptuje pan tak prowadzoną walkę polityczną?
    - Wypowiedź Jacka Kurskiego o dziadku Donalda Tuska budzi mój głęboki sprzeciw, choć jest mi bardzo daleko zarówno do Tuska, jak i do jego partii. Pan Kurski postawił na polską głupotę polityczną i naszą skłonność do kupowania każdego kłamstwa politycznego, jeśli tylko zostanie ono wystawione na sprzedaż w możliwie atrakcyjnym opakowaniu. Przeraziło mnie to, że wśród polskich elit intelektualnych nie znalazła się ani jedna osoba, która by w sposób prawidłowy zaprotestowała przeciw temu pomówieniu. W moralnym społeczeństwie Jacek Kurski byłby powszechnie uważany za persona non grata. W IV RP tacy panowie są kreowani na gwiazdy i to jest przerażające.

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Czytaj także

      Komentarze

      Forum tylko dla zalogowanych.

      Załóż konto / Zaloguj się

      Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      Warto zobaczyć

      Wideo