Św. Józef nie przypalił zupki

    Św. Józef nie przypalił zupki

    Fot. Wojciech Nowicki

    Nowa Trybuna Opolska

    Aktualizacja:

    Nowa Trybuna Opolska

    Z ojcem Janem Andrzejem Kłoczowskim i ojcem Joachimem Badenim, dominikanami, rozmawia Danuta Nowicka Zamiast wstępu
    Od lewej o. Jan Andrzej Kłoczowski i o. Joachim Badeni

    Od lewej o. Jan Andrzej Kłoczowski i o. Joachim Badeni ©Fot. Wojciech Nowicki

    Ojciec Joachim Badeni, dominikanin, ur. w Busku na Ukrainie, pochodzi z arystokratycznej rodziny (jego dziad, hrabia Kazimierz Feliks Badeni, był namiestnikiem Galicji i premierem Austro-Węgier). Podczas wojny walczył m.in. pod Narwikiem i we Francji. Jest współtwórcą krakowskiego duszpasterstwa akademickiego, słynie z głębokiej wiedzy, dowcipu i ciętego języka. Uchodzi za znawcę mistyki chrześcijańskiej i buddyzmu zen, jest zagorzałym czytelnikiem Tolkiena. Dawniej - spadkobierca magnackiej fortuny, dziś nie posiada nic. Kiedy dwa lata temu przeprowadził się do nowej, nieco większej celi w klasztorze dominikanów w Krakowie, powiedział: "Urodziłem się jako hrabia, żyłem jak chłop i umieram jak hrabia".

    Ojciec Jan Andrzej Kłoczowski urodził się w Warszawie w 1937 r. W Poznaniu uzyskał tytuł magistra historii sztuki. W latach 1966-71 uczestniczył w seminarium prowadzonym przez ks. prof. Mariana Jaworskiego, kontynuował studia w Lublinie na wydziale filozofii chrześcijańskiej. Duszpasterz akademicki, prowadzi wykłady z zakresu filozofii i fenomenologii religii w ramach Wydziału Teologicznego w Krakowie, a od 1982 - Papieskiej Akademii Teologicznej. Od 1999 na stanowisku profesora. M. in. autor książek "Człowiek bogiem człowieka" i "Drogi człowieka mistycznego".



    - Franciszkanie u wrót nieba nie mogli się nadziwić, że poza kolejką wpuszczono dominikanina. - Jak to? - nieśmiało protestowali. - Przybyliśmy wcześniej, cierpliwie czekaliśmy, cisi i pokorni byliśmy za życia, a gdy tylko pojawił się ten w białym habicie, zabrzmiały fanfary, a św. Piotr zaczął się miotać jak oszalały. - Przepraszam was, bracia - tłumaczył się św. Franciszek - ale to pierwszy dominikanin, który pojawił się u nas od 500 lat.
    Tę anegdotkę przytaczam zamiast prezentacji. Obaj ojcowie jesteście dominikanami.
    - Ojciec Jan Andrzej Kłoczowski: - Rozumiem. Odmawia nam pani prawa do nieba.
    - Ojciec Joachim Badeni: - Nie da się ukryć, dominikanie mają najmniej świętych.
    J.A.K.: - Działa prawo wielkiej liczby. Nas zawsze było mniej niż franciszkanów. Życzę, żeby ich jeszcze bardziej przybyło w niebie. Może i my się wtedy załapiemy.
    J.B.: - Mści się na nas pycha. Specjalnością dominikanów jest wiedza, a jak wiadomo, trudno mieć dużo wiedzy i dużo pokory. Myśli się wtedy: ja wiem, a ty nie wiesz - i trzeba bardzo pracować nad tym, żeby zwalczyć odruch samozadowolenia, dokonać korekty pychy. Najlepiej uświadomić sobie: to, co ja wiem, jest od Boga, nie ode mnie. Nie da się ukryć, franciszkanom jest zdecydowanie łatwiej.

    O Bożym
    Narodzeniu
    - Odwołując się do wiedzy ojców, chciałam prosić o wyjaśnienie pewnych zjawisk i motywów, związanych z Bożym Narodzeniem. Zacznę od pytania - jak je rozumieć i tłumaczyć?
    J.B.: - Próbować wyjaśnić zjawisko wcielenia. Przed laty na pewnej konferencji podjąłem taką próbę, opowiadając: Straszny Jahwe zszedł z góry i zaczął bawić się w piasku. Po pewnym czasie bardzo ładna nastolatka zawołała: "Jahweshua, obiad!". Dziecko otrzepało ręce, pobiegło do domu, usiadło za stołem.
    J.A.K: - To bardzo piękna metafora, wyjaśniająca teologiczny, religijny sens Bożego Narodzenia. Jeśli Bóg zszedł ze swojej góry i stał się jednym z nas, musimy dla siebie być braćmi i siostrami, nawet w rodzinie, gdzie bywają głębokie podziały. Z uczłowieczenia Boga zrobiliśmy sentymentalną opowieść i do żłóbka wstawiliśmy lalkę. W najwspanialszej polskiej kolędzie "Bóg się rodzi" jest wszystko, co trzeba, natomiast w obyczaju nastąpiła banalizacja. Aczkolwiek nie do końca; podzielenie się opłatkiem to bardzo piękna konsekwencja wcielenia. Zgadzam się z ks. Tischnerem, że prawdziwe odkrycie chrześcijaństwa jest jeszcze przed nami.
    - Jak więc powinniśmy obchodzić Boże Narodzenie?
    J.B.: - Pamiętam swoje najpiękniejsze Wigilie. Jedną w Casablance, podczas wojny, gdy siedziałem w pustym kościele franciszkanów przy żłóbku i nic nie odwracało mojej uwagi. I drugą u kamedułów, podczas kilku miesięcy spędzonych na Srebrnej Górze. Podano chleb bez masła i kawę bez cukru i mleka. Napadało tak dużo śniegu, tak zasypało drzwi pustelni, że powtórzyło się wrażenie samotności wobec tajemnicy.
    - Mało kogo psychicznie stać na takie świętowanie.
    J.B.: - O rodzinną Wigilię należałoby spytać mojego małego przyjaciela, Michała, który kiedyś na oświadczenie mamy "To ja ciebie urodziłam", odpowiedział: "Nie, urodził mnie Pan Bóg". Jestem pod wrażeniem mistyki dzieci.
    - Mistyka pada, gdy nadchodzi czas prezentów. Na ojca czekało w dzieciństwie coś pod choinką?


    J.B.: - Dużo, o wiele za dużo, ale było odpowiednie zaplecze finansowe. Z rodzeństwem już zawczasu przygotowywaliśmy się do skoku na prezenty.
    - Szopka stała?
    J.B.: - Obowiązkowo. Pięknie podświetlona.
    J.A.K.: - Franciszkanie, szczególnie obecni w naszej rozmowie, którzy głęboko przeżywają tajemnicę wcielenia, urządzają w Krakowie żywą szopkę (zgodnie z tradycją; pierwszą szopkę zrobił przecież św. Franciszek). Jest żywa Matka Boska, prawdziwe dziecko, są radosne aniołki i zwierzęta. Kiedyś dzieci miały szczególny ubaw, bo ojcowie gonili biednego osła, który niepobożnie uciekł im na Planty. Natomiast u nas w zeszłym roku zamiast żłóbka wierni zastali ikonę, w tym właśnie objawiła się dominikańska przemądrzałość. Kazanie wyjaśniało zamysł. Ikona-żłóbek stała przy jamie, gotowej ją wchłonąć, była więc postacią zła, któremu ma zaradzić przychodzący Pan. Zwykle wierni celebrują sielski obraz związany z Bożym Narodzeniem, zapominając o powadze, o tym, że naszą historię przeorywuje straszliwe zło. Bazylika Bożego Narodzenia w Betlejem jest przecież ciągle blisko potwornej jamy nienawiści, którą trudno zasypać. Następuje potworna banalizacja i poganizacja świąt. Niech no tylko skończy się Halloween, a zaczyna się, mówiąc po neopolsku, Christmas, wielka okazja do handlowania. Słyszałem tekst jednego z satyryków, jak to z żoną wyczekiwali, aż na najbliższym markecie zapali się pierwsze światło, by mogli rozpocząć wigilię i podzielić się chipsami. Święty Mikołaj, który był wielkim biskupem ze Smyrny, zmienił się w Santa Klaus, mitologicznego potwora, przyjeżdżającego z Finlandii.
    - Wigilię obchodzą także niewierzący.
    J.A.K.: - A dobrze, dobrze, byleby stali się przez to lepsi.
    J.B.: - I żeby jedynymi wyznacznikami święta nie były uginający się stół i choinka, w tym roku, zgodnie z wymogami mody, ubrana na biało.
    J.A.K.: - Sensowniejsza byłaby już pomarańczowa, jako wyraz solidarności ze zwolennikami Juszczenki.
    - Ojcze Joachimie, gdyby to od ojca zależało, jak wyglądałaby Matka Boska przy żłóbku?
    J.B.: - Jest w apokryfie św. Alberta Wielkiego dyskusja na ten temat. Otóż jedna teza głosi, że była bardzo brzydka, żeby nie zaczepiali jej pijani legioniści, druga, że niesłychanie urodziwa, ale pięknością tak uduchowioną, żeby nie budziła najmniejszych żądz. Bo urodę można różnie nosić - z nieustanną świadomością ciała, przy stałej kontroli odbioru otoczenia, czyli wyzywająco, i skromnie. Podobnie jest ze strojem. Jeśli kobieta tak się ubiera, żeby prowokować, grzeszy, natomiast jeśli o tym nie myśli, jest w porządku. Jeden z XVI-wiecznych generałów zakonu, kardynał De Vio Cajetanos, twierdzi, że piersi są ozdobą kobiety i powinny być odsłonięte, ale zważywszy na brutalną zmysłowość mężczyzn, należy je zasłaniać do połowy. Kościół ma trochę racji, upominając się o przyzwoitość w ubiorze, niestety, używa do tego dość zabawnego języka.
    - Wedle ojca jak wyglądała matka Jezusa?
    J.B.: - Musiała być piękna, jako istota niewinna, bo brzydota, śmierć, choroba są konsekwencją grzechu. Prawdopodobnie była to typowa wschodnia kruczowłosa piękność, choć w Lourdes objawiła się jako blondynka (Bernadetta to dostrzegła, kiedy powiew wiatru poruszył lok na czole), zaś w Gwadelupie, w XVI wieku - jako ciężarna Indianka, biegle mówiąca językiem azteckim.
    - Jak wytłumaczyć te różnice?
    J.B.: - Żeby się przybliżyć do ludzi, przybierała rozmaite postaci. Ja Matki Boskiej nie widziałem, Ona mnie zaledwie dotknęła we Lwowie w 38 roku...
    J.A.K.: - W czasie tych dziesięciu lat, kiedy ojciec studiował prawo w Krakowie. Jak było się bogatym, studiowało się długo...
    J.B.: - Byłem wierzący, ale niezbyt gorliwy, nie zostałem wychowany na dewota, nie stałem się nim także potem. Natomiast, poza jednym przypadkiem, czego nie mogę sobie wybaczyć do dzisiaj, nie opuszczałem niedzielnej mszy św., trzeba jednak wiedzieć, że za czasów moich studiów do kościoła nie chodzili tylko komuniści i Żydzi. Siadywałem w kościele św. Krzyża z cylindrem na kolanach i czekałem, aż się wreszcie skończy. Z większym zaangażowaniem odwiedzałem nocne lokale. Pozwalały mi na to duże pieniądze i brak ojca. Pewnego razu, a wybierałem się właśnie na balangę, przechodzę obok figury Matki Boskiej z Lourdes, fundacji mojej ciotki. Obojętnie rzuciłem okiem i nagle, świetnie to pamiętam, czuję delikatny dotyk. Rozglądam się - wokół ani żywej duszy. - Pójdź tam - czuję polecenie, wypowiedziane przez Matkę z ogromną mocą. Zrozumiałem, że mam iść do kościoła. Taki był początek mojej drogi do seminarium, długiej i skomplikowanej, bo na przeszkodzie był chociażby ogromny majątek Badenich.
    J.A.K.: - Prawdziwa wizja polega na tym, że człowiek inaczej zaczyna postrzegać świat. Że z tego wynika jakaś decyzja, jakaś przemiana.
    - Wracając do szopki. Jak mógł wyglądać Jezus?
    J.B.: - Kiedyś zobaczyłem go w kącie, zupełnie innego od znanych wizerunków. Był cały ze światła, z niesamowicie piękną, smagłą twarzą beduina, z obfitą brodą, prawdziwy, majestatyczny Chrystus Król. Oczywiście w żłóbku powinien wyglądać jak dziecko. Żółte - dla Chińczyka, czarne dla Murzyna, ponieważ białe dziecko w Afryce źle się kojarzy. To dziecko kolonizatorów.
    - Najsmutniejszą postacią w szopce jest Józef, który znalazł się w nieco kłopotliwym położeniu...
    J.A.K.: - Bo ma zgryz: jak się zaopiekować kobietą, której sytuacji nie rozumie. Kolęda krzywdzi go, sugerując "I Józef stary". Także ikonografia przedstawia Józefa w podeszłym wieku, widać artyści naiwnie zakładali, że starość jest zabezpieczeniem cnoty Matki Najświętszej. A jak było naprawdę? Jeżeli Maria miała 15, 16 lat, bo w tym wieku dziewczyny w krajach śródziemnomorskich rodziły po raz pierwszy, Józef liczył ich 18, najwyżej 20, bo tylko bardzo młody człowiek mógł się zdecydować na emigrację do Egiptu, na trudną drogę przez pustynię. Należy o tym pamiętać, a nie przedstawiać go jako biednego, wykołowanego staruszka, który co najwyżej przygrzewa dziecku zupkę, przypalając ją oczywiście.
    - Pastuszkowie uosabiają wszystkich wiernych?
    J.A.K: - Proszę nie zapominać, że oprócz pastuszków nowo narodzonego adorowali też królowie. Ci pierwsi, prości, najłatwiej przyjęli do wiadomości niezwykłe wydarzenie, królowie, a właściwie mędrcy, magowie, musieli przejść długą, żmudną drogę, ale również doszli do celu. Dzisiaj też dojdą, tyle że z większymi trudnościami.
    - Została gwiazda betlejemska. Jak ją rozumieć?
    J.A.K.: - To symbol biblijny, wyrażający transcendencję. Jest czymś bardzo realnym, bo widzialnym, a zarazem nieosiągalnym - nie sposób jej dotknąć.
    - Zwykle Bożemu Narodzeniu towarzyszą radość i wesołość. Czy słusznie, zważywszy na dramatyczną, jak podkreśla ojciec Kłoczowski, wymowę święta?
    J.A.K.: - Jak najbardziej. Chrześcijaństwo jest dobrą, radosną nowiną. Jak mówią doświadczeni mistrzowie duchowi, smutny święty to smutny święty.
    J.B.: - Występuje ogromna różnica pomiędzy radością a wesołością. Radość jest boska, a wesołość - ludzka. Powiedziano w Ewangelii: "rozradował się w duchu", a nie "był wesoły w duchu".
    J.A.K.: - Upomniałbym się jeszcze o jedną rzecz. Świąteczne spotkanie to wyjątkowa sytuacja, bo do stołu zasiadają całe rodziny. Korzystając z tego, wyciągnijmy, najlepiej w drugi dzień świąt, rodzinne fotografie i postarajmy się je opisać. Boże Narodzenie jest pamięcią tego, co się kiedyś wydarzyło, więc zachowajmy tę pamięć także w odniesieniu do swoich bliskich, żyjących i nieżyjących. Tego nauczyli mnie moi rodzice. Po ich śmierci obejrzeliśmy z bratem ich albumy i dzięki temu mamy świadomość, skąd jesteśmy i dokąd zmierzamy.

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Czytaj także

      Komentarze

      Forum tylko dla zalogowanych.

      Załóż konto / Zaloguj się

      Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      Warto zobaczyć

      Wideo

      Gry On Line - Zagraj Reklama