Między niebem a ziemią

    Między niebem a ziemią

    Mirosław Olszewski molszewski@nto.pl

    Nowa Trybuna Opolska

    Nowa Trybuna Opolska

    Kiedy podliczył całodzienny utarg i doszedł do stu tysięcy złotych, łzy mu popłynęły. I nie ze szczęścia.
    Rozejrzałem się po tej mojej dyskotece i ręce mi opadły. Wszędzie śmieci, resztki flaszek, zarzygane ubikacje. I ta świadomość, że to ja jestem właścicielem całego interesu. Ja! Facet, po studiach prawniczych, który jeszcze niedawno pracował w biurze radcy prawnego w Łodzi. I że taki szmal zarabiam nie na swojej wiedzy, tylko na tej tancbudzie z wyszynkiem.
    Był początek lat 80., a Janusz Grudziński nudził się.
    Skończył studia, a prawnicza mordęga w BOMISIE jakoś go nie rajcowała. Tęsknił do studenckiego życia. Rozmachu, rajdów po lokalach, gadania do późnej nocy.
    - Zarabiałem 3-4 tysiące na rękę, a prosty robotnik brał wtedy najmarniej 6-8. Jak ktoś mówi, że pieniądze nie są ważne, to zwyczajnie kłamie.
    Siedzimy w Domu Turysty na Kopie Biskupiej opodal Jarnołtówka. Jeszcze dwa lata temu była to rudera. Powybijane okna, zgniłe podłogi. I długi po poprzednich prowadzących schronisko, dobijające interes. Dziś Grudziński z żoną i córką mozolnie przywracają "kopie" dawną renomę.

    Wstyd być prywaciarzem
    - Łódź to było moje życie - wspomina Grudziński. - Towarzystwo, koledzy ze studiów... Moja rodzina była tam zakorzeniona od dziesięcioleci. No ale był problem z pieniędzmi. Dorabiałem wprawdzie podczas w wakacji w Anglii, ale to nie była jakaś szokująca kasa. Pewnego dnia kuzynka, która już dzierżawiła nieopodal Jarnołtówka jakiś popeesesowski interes, powiedziała mi, że nie ma co się wstydzić miana "prywaciarza" czy innego "badylarza" i że czasy są takie, że pora stanąć na własnych nogach. Przyjechałem tutaj, i wziąłem małą knajpkę przy basenie w Pokrzywnej.
    Knajpka, jak każdy prywatne przedsięwzięcie w tamtych czasach, dawała niezłe zyski. Ale dla Grudzińskiego wciąż nie była tym, czego oczekiwał. Zyski ze sprzedawania barwionej lemoniady bez gazu bardziej go wkurzały, niż cieszyły.
    - W każdej wolnej chwili wyrywałem się do Łodzi i szczerze mówiąc, wstyd mi było się tam w towarzystwie przyznać, że zarabiam w taki właśnie sposób. Człowiek z zakorzenionej w mieście rodziny, ktoś, kogo najbliżsi zajmowali tam eksponowane stanowiska, miałby się przyznać do handlu? Do BADYLARSTWA?! Pan wie przecież, że ta branża była wtedy w pogardzie. Badylarz wtedy to jak dziś ginekolog z prywatną praktyką...
    Grudzińskiego jednak "nosiło". Pieniądze zarabiane w Pokrzywnej były wprawdzie niezłe, ale poczuł, że jednak zbyt małe, jeśli brać pod uwagę sposób, w jaki zarabiał.
    - Pojawiła się wtedy szansa wzięcia w dzierżawę "Wczasowej". To była wtedy knajpa w Jarnołtówku, zbudowana na modłę socjalistycznego zakładu żywienia zbiorowego. Enerdowska stylistyka. Ale że na bezrybiu... dochody okazały się niesamowite.
    To wtedy właśnie, pewnego dnia, Grudziński podliczył utarg z jednego dnia. Sto tysięcy!
    I mu te łzy popłynęły. Ze złości.

    Nie ma szans na uczciwość
    Interes we "Wczasowej" hulał. Ale Grudziński, jak mówi, zaczął odczuwać skutki swych wyjazdów do Łodzi.
    - Bo spotykałem się tam z ludźmi z lat studenckich, z "Solidarności". Coś tam razem pisaliśmy, coś drukowaliśmy... Niby nie działo się nic nadzwyczajnego, ale raptem w mojej firmie zaczęły się pojawiać kontrole. Jedna za drugą. A to sanepid, a to jakaś inna inspekcja. Miałem przeczucie, że to nie przypadek.
    Przeczucia Grudzińskiego nie były całkiem irracjonalne. Wszak dopiero co zjednoczone siły urzędniczej mentalności socjalistycznej wykończyły słynną na cały Dolny Śląsk knajpę "Max" w Jarnołtówku, gdzie w barze serwowano gatunki win, których istnienia nikt nawet w Polsce nie podejrzewał.
    - Pamiętam ten okres - uśmiecha się Grudziński. - Maxa wykończono do dna. Tak bardzo, że mu w końcu nawet prąd odcięli za niezapłacone rachunki. Pożyczyłem mu trochę pieniędzy, żeby socjalizm nie obgryzł go do kości.
    Poczuł, że pora uciekać.

    Azyl we Francji
    W 1987 roku we Francji azyl dostawało się względnie łatwo. Także obywatelstwo francuskie. Tamtejsza oficjalna rozgłośnia radiowa przodowała wtedy w Europie w kategorii mediów opisujących Polskę jako kraj policyjnego terroru i totalnego zniewolenia.
    - Znajomi pomogli. Miałem się gdzie zaczepić na początek, by spokojnie poszukać pracy. A byłem zdeterminowany, bo jak słuchałem wiadomości z Polski, to byłem coraz bardziej pewny tego, że nie mam po co wracać. Terror, więzienia... W końcu znalazłem pracę w paryskiej bazylice przy organizowaniu ruchu pielgrzymów. Tam spotkałem przyszłego konsula Polski w Paryżu, Mikołaja Kwiatkowskiego.
    Postać konsula Grudziński wspomina z rozrzewnieniem: - To był taki całkiem niezaradny życiowo facet. Zanim wylądował na paryskim bruku, przez osiemnaście lat był w Polsce sędzią! Zatem człowiekiem z pozycją, ustosunkowanym. I raptem coś się w nim odmieniło. W 1985 uciekł na Zachód przez "zieloną granicę" i przez pewien czas pracował w Paryżu jako roznosiciel reklam. Po przełomie w Polsce dostał propozycję powrotu. Sam mu radziłem, by wracał. I nagle, po dwóch latach spotykam Mikołaja na placówce konsularnej w Paryżu! No szok! Facet, z którym niedawno wynajmowaliśmy pokój, żeby taniej było, dziś jest w randze dyplomaty, a do konsulatu, do którego jeszcze niedawno wchodziliśmy jak na terytorium państwa wrogiego, naraz wchodzimy bez problemów!
    Tymczasem azylant Grudziński urządzał swe życie we Francji. Rozsyłał CV na wszystkie strony.
    - To, że z wykształcenia byłem prawnikiem, niewiele kogo obchodziło. Potencjalny pracodawca wzywał na rozmowę i pytał, co naprawdę umiem. Tam naprawdę nie są ważne kwity i zaświadczenia. Jeśli potrafisz przekonać, że czujesz robotę, którą masz do wykonania, możesz być z wykształcenia choćby astronautą.
    Wszedł w firmę przewozową. Łódzki prawnik, jarnołtowski restaurator pilnował rozliczeń przejazdów i umów. Rychło się usamodzielnił. Francuski kolega zaproponował spółkę. Mieli wejść w rynek błyskawicznych doręczeń - przede wszystkim krwi, ale też elektroniki, montowanej w niewielkich firmach.
    - Zatrudnialiśmy Polaków - uśmiecha się Grudziński. - Bo akurat we Francji wprowadzono 35-godzinny tydzień pracy i okazało się, że to przede wszystkim dezorganizuje transport. Kierowcy francuscy mieli związkowy zakaz wyrabiania dłuższych tras. A nasi "tirowcy" bez problemu zaliczali wymagane trasy. Jeśli kilku Francuzów dziś w ogóle żyje, to dzięki naszym chłopakom... A wbrew ich własnym przepisom.
    We Francji Grudziński poznał Evę - Polkę, guwernantkę w londyńskich hotelach. Ale jak o tym mówi, zaraz wyjaśnia, że guwernatka tam to nie taki ktoś, o kim się Polsce myśli, lecz ktoś, kto zwraca uwagę, by nawet klosze na lampach były ustawione jak należy:
    - Nie tak jak tu - wskazuje szew klosza w sali schroniska - przodem do klienta. Za taki błąd tam się płaci pracą.

    Na swoim
    Mówi, że wcale nie cierpi z powodu samotności, na jaką się zdał dwa lata temu po powrocie do kraju i osadzając między niebem a ziemią w zrujnowanym ośrodku PTTK.
    - Mam internet, wymieniam mejle z przyjaciółmi z Francji, raz w miesiącu jesteśmy całą rodziną w Paryżu, a co tydzień siedzimy na obiedzie w opolskim Zagłobie, który z powodzeniem utrzymałby się na paryskim "szanzelizee". I wcale mi się nie pali do wykupienia tego interesu od PTTK na własność. Wie pan... Coś jest takiego w mentalności urzędniczej, że na dzierżawę od PTTK patrzą spokojnie, natomiast na "prywatny pensjonat" - przypuszczam - mogliby się zjeżyć. Po co mi to?
    Grudziński z rodziną od dwóch lat remontują starą ruderę zwyczajowo zwaną "schroniskiem na Kopie", ale jak przyznaje, nie ma specjalnych nadziei na zrobienie tu kokosów.
    - Płacę ogromne podatki, a mimo to nie mogę nawet wyciąć trzech sosen, by z okien pensjonatu widać było panoramę Głuchołaz. Muszę zimą wynajmować kolosalny pług śnieżny, by przetrzeć drogę do nas, a nie mogę zagwarantować turystom prawa wjazdu na Kopę. Nie mogę sprzedawać tu niczego powyżej piwa, gdy tymczasem Czech po sąsiedzku sprzedaje wszystko, co pachnie alkoholem, bez ograniczeń...
    Ale Grudziński jest optymistą:
    - Dziś w Polsce epitet "prywaciarz" nie ma już pejoratywnych konotacji. I nie ciekną mi łzy, gdy podliczam utarg. Już nie ma się czego wstydzić...

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Czytaj także

      Komentarze

      Forum tylko dla zalogowanych.

      Załóż konto / Zaloguj się

      Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      Warto zobaczyć

      Wideo

      Gry On Line - Zagraj Reklama