Höss kupował u nas buty

    Höss kupował u nas buty

    Fot. Jerzy Stemplewski

    Nowa Trybuna Opolska

    Aktualizacja:

    Nowa Trybuna Opolska

    Do dziesiątej sklep był tylko "nur für Deutsche", ale nawet kiedy Niemcy przychodzili później, trzeba ich było obsługiwać uniżenie i poza kolejnością.
    Pani Zofia pokazuje zdjęcie, które zrobiła dla swego narzeczonego 29 stycznia 1945 roku, dwa dni po wyzwoleniu KL Auschwitz. Na teren obozu odważyła

    Pani Zofia pokazuje zdjęcie, które zrobiła dla swego narzeczonego 29 stycznia 1945 roku, dwa dni po wyzwoleniu KL Auschwitz. Na teren obozu odważyła się wejść dopiero po dwóch latach. ©Fot. Jerzy Stemplewski

    Rudolf Höss (1900-1947) współzałożyciel i komendant KL Auschwitz. Wcześniej funkcjonariusz obozów w Dachau i Sachsenhausen. We wrześniu 1941 roku wprowadził uśmiercanie ludzi cyklonem B. W styczniu 1942 zbudował podobóz w Birkenau. Po wojnie został skazany na śmierć przez Międzynarodowy Trybunał Wojskowy w Norymberdze i stracony na terenie obozu.

    Josef Mengele (1911-1979), lekarz niemiecki, członek SS, dokonywał zbrodniczych eksperymentów medycznych i selekcji więźniów do komór gazowych w KL Auschwitz. Po II wojnie światowej uciekł do Ameryki Łacińskiej. Był poszukiwany przez wymiar sprawiedliwości wielu krajów. Zmarł prawdopodobnie w Brazylii w roku 1979.



    Zofia Zuzałek (wówczas Szewczyk) spotkała się z Rudolfem Hössem kilkakrotnie.
    Komendant KL Auschwitz przychodził czasem do oświęcimskiego sklepu firmy "Bata", w którym pracowała, żeby kupić sobie buty. Siedemnastoletnia Polka miała tam okazję zobaczyć z bliska także Josefa Mengele, "doktora śmierć", i miejscowego komendanta tajnej policji miejskiej Hansa Klossa, który zresztą trochę przypominał z wyglądu Stanisława Mikulskiego, który dał swą twarz jego imiennikowi ze "Stawki większej niż życie".
    - Nie miałam zbyt wielu okazji, by rozmawiać z Hössem. On nie widział powodu, by z nami gadać. My też na wszelki wypadek raczej wolałyśmy go unikać. Kiedy zamawiał drewniaki dla więźniów lub buty dla żołnierzy, szedł od razu do kierownika sklepu. Ale w bezpośrednim kontakcie nie sprawiał wrażenia sadystycznego mordercy. Wyglądał na zwyczajnego, eleganckiego oficera. Zresztą przychodził do nas rzadko. Zwykle te sprawy załatwiali za niego podwładni - wspomina pani Zofia, wtedy 17-letnia pracownica sklepu, dziś mieszkanka Niemodlina.

    Elegancka powierzchowność komendanta nie zasłaniała pani Zofii prawdy o nim i o fabryce śmierci, którą kierował.
    - Pierwsze informacje docierały do nas od polskich robotników pracujących na terenie obozu. To od nich usłyszałam, że kiedy Höss przyglądał się mordowaniu dzieci w obozie, miał na dłoniach białe rękawiczki, jakby chciał zademonstrować w ten sposób swoją niewinność - opowiada Zofia Zuzałek.
    Mieszkając przez całą okupację w Oświęcimiu, nie trzeba było wiedzy o obozie Auschwitz czerpać od innych osób.
    - Byłam ciekawa, co dzieje się za drutami, więc chodziłam na spacer na wał nad Sołą. Stamtąd było już blisko do obozowego ogrodzenia pod napięciem. Ale przyjrzeć się bliżej życiu w obozie nie było łatwo. Kiedy strażnik z wieżyczki zauważył, że zbyt natarczywie zerkam ku barakom, krzyczał, że mam odwrócić głowę i patrzeć w drugą stronę - na Sołę. A czasem po prostu kazał mi robić w tył zwrot i przepędzał.
    Wola strażnika nie sięgała do wnętrza sklepu "Bata". Tam zza firanek pani Zofia obserwowała maszerujące przez Oświęcim zewnętrzne komanda więźniów idące do pracy. Ludzie w pasiakach szli karczować pobliski las. Za nimi jechały furmanki potrzebne do transportu drewna.
    - Kiedy komanda szły z powrotem, na ręcznych wózkach więźniowie ciągnęli do obozu przewieszone bezwładnie ciała zamęczonych przy pracy kolegów - przypomina sobie pani Zofia. - Oglądałam takie obrazki niemal każdego dnia. Niemcy zresztą bardzo dbali, by mieszkańcy Oświęcimia widzieli i wiedzieli jak najmniej. Przed przemarszem więźniów policja "oczyszczała" ulice miasta z przechodniów i gapiów.

    Przed mieszkańcami miasta nie można było ukryć widoku i ostrej woni palących się nocami na stosach ciał.
    - Te stosy było widać z daleka, buchały wysokim ogniem, bo oni czymś je polewali, żeby się lepiej paliły. To był straszny widok - przypomina sobie. - Wszyscy o tym wiedzieli, ale głośno nie wolno było o tym mówić.
    Podobnie jak wielu innych mieszkańców Oświęcimia pani Zofia nie ograniczała się tylko do oglądania więźniów. Starała się także im pomagać.
    - Więźniowie Auschwitz pracowali m.in. przy burzeniu synagogi. Strzeżono wtedy pilnie, by nikt do nich nie przychodził. Ale i na to był sposób. Zanosiliśmy tam i zostawialiśmy chleb, witaminy i lekarstwa, a nawet ugotowane dla więźniów zupy wcześnie rano, kiedy w okolicach synagogi nikogo jeszcze nie było. Kiedy koło siódmej lub ósmej komanda przychodziły do pracy, po nas nie było tam już nawet śladu. Ale i wcześnie rano trzeba się było pilnować, bo Oświęcim był bardzo mocno nasycony niemieckimi konfidentami. Wielu z nich zapłaciło za to po wojnie życiem. Osądzono ich i skazano na śmierć w Wadowicach.

    Pani Zofia pamięta dobrze, że kartkowe przydziały chleba i tłuszczu dla Polaków nie wystarczały nie tylko na dzielenie się z innymi, ale nawet dla nich samych.
    - Zdobywanie żywności opierało się wtedy na oszukiwaniu i kłamstwie. Zresztą całe nasze życie było wtedy w pewnym sensie nielegalne. Ale kto pracował w sklepie, miał większe szanse zdobycia dodatkowego jedzenia, bo miał łatwiejszy dostęp do innych towarów na wymianę.
    Buty z fabryki i sklepu "Baty" nie tylko wymieniało się na jedzenie, ale też szmuglowano je do obozu dla więźniów. Z tamtej strony drutów przekazywano zamówienia na konkretne numery obuwia, zaufani ludzie swoimi sposobami przekazywali po kilka par komu trzeba.
    Nie wszyscy więźniowie Auschwitz byli dla pani Zofii anonimowi. Za drutami znalazł się także jej 22-letni kuzyn.
    - Dowiedziałam się, że Stanisław pracował na zewnątrz obozu w piekarni. W drodze do fabryki w Chełmku wstąpiłam tam, by przekazać mu trochę jedzenia. Pilnujący ich żołnierz, Ślązak znający język polski, za flaszkę wódki pozwolił mi na chwilę podejść do więźnia i zostawić mu paczuszkę. Umówiliśmy się, że za jakiś czas odwiedzę go znowu - przypomina sobie Zofia Zuzałek.
    Obietnicy nie udało jej się spełnić. Kiedy wydało się, że więźniowie przygotowują ucieczkę i w zakamarkach pieca ukrywają cywilne ubrania, władze obozowe zarządziły dziesiątkowanie. Wśród wybranych na śmierć i rozstrzelanych znalazł się także Stanisław Hałaburda. Pani Zofia nie zobaczyła go już więcej.
    Już kiedy Niemcy zaczęli budować obóz Auschwitz, pani Zofia straciła dach nad głową.
    - Babice - miescowość, w której mieszkaliśmy - leżała zdaniem okupantów zbyt blisko obozu, by mogli tam mieszkać Polacy. Lepsze domy przydzielono Niemcom i folksdojczom, a nam kazano się w ciągu trzech godzin spakować i przeniesiono do innej dzielnicy do mieszkań po Żydach, których tymczasem wywieziono do obozów koncentracyjnych - mówi Zofia Zuzałek. - Te mieszkania żydowskiego proletariatu były strasznie nędzne. Tynk sypał się na głowy, a stropy trzeba było podpierać drewnianymi stemplami.

    Nie tylko w obozie, także w mieście władza należała całkowicie do Niemców. Polacy byli obywatelami drugiej kategorii i dawano im to odczuć na każdym kroku.
    - Wprawdzie nie musieliśmy nosić opasek na rękawach jak Żydzi, ale podobnie jak oni mogliśmy chodzić tylko lewą stroną chodnika. A w naszych kenkartach był wdrukowany czerwony pasek, by policjant od razu wiedział, z kim ma do czynienia - przypomina sobie pani Zofia. - Nasz sklep teoretycznie był "nur für Deutsche" tylko do dziesiątej. Ale jeśli Niemiec miał czas i ochotę zrobić zakupy później, trzeba go było obsłużyć poza kolejnością, a ogonek Polaków musiał grzecznie czekać na swoją kolej.
    Żeby podkreślić swoją wyższość, "nadludzie" zastrzegli tylko dla siebie prawo do noszenia skórzanych butów. Polacy mogli na swoje kartki kupić tylko lekkie obuwie drewniano-płócienne. Rzadko i dzięki znajomościom udawało się dla nich zdobyć w fabryce skórzane obuwie z odrzutu, z jakimiś felerami.

    Pani Zuzałek pamięta dobrze, że kierownikiem sklepu, w którym pracowała, był Ślązak z okolic Otmuchowa nazwiskiem Chudalla. Władze okupacyjne uważały go za Niemca, najwyraźniej nie wiedzieli, że był powstańcem śląskim. On sam nie wszystkim się przyznawał, że zna język polski, ale Polakom nie szkodził.
    - To był porządny człowiek, dusza chłop. Kiedyś spotkaliśmy się nieoczekiwanie u znajomego adwokata. Dowiedziałam się potem, że przychodził tam, tak samo jak ja, żeby posłuchać radia z Londynu. Nigdy nie wykorzystał na moją szkodę tego, co o mnie wiedział, a nawet posłał mnie na kurs pedicure do Bielska - wspomina pani Zofia.
    Po trzech miesiącach nauki i zdanym egzaminie młoda Polka zaczęła robić pedicure i masaż nóg miejscowym Niemcom, a po kryjomu także Polakom.
    - Najbardziej wymęczyła mnie żona inżyniera z IG Farben, frau Lemert. Wierzyła chyba, że dzięki moim zabiegom schudną jej nogi. Po niespełna półgodzinnym seansie byłam zwykle spocona jak mysz. A ona płaciła za to grosze - markę osiemdziesiąt fenigów. Dając mi dwie marki, zostawiała 20 fenigów napiwku. Miałam ochotę cisnąć jej te pieniądze w twarz - mówi pani Zofia.
    Na pedicure przychodził też zastępca oświęcimskiego komendanta tajnej policji Gralla.
    - Zachowywał się uprzejmie i nawet mówił czysto po polsku. Przynosił do sklepu skarpety do cerowania na specjalnej maszynie. My odnosiliśmy się do niego uniżenie. Płaszczyliśmy się przed nim, bo przecież nawet za szmugiel jajek można było stracić życie, więc z policją lepiej było nie zadzierać - przyznaje Zofia Zuzałek. - A ten Gralla zginął, kiedy w styczniu Niemcy uciekali - dodaje.

    Na teren obozu pani Zofia odważyła się wejść dopiero dwa lata po wojnie, kiedy zaczęto tam urządzać muzeum.
    - Po tym, co wiedziałam o obozie, przeżywałam to bardzo i zwyczajnie się bałam - mówi. - Ale nie wszyscy mieli takie lęki i skrupuły. Opowiadano mi, że zaraz po wyzwoleniu obozu znaleźli się ludzie, którzy szukali zakopanego przez Żydów złota. Ja wkrótce po wojnie wyjechałam do Krakowa, wyszłam za mąż i zostawiłam Oświęcim za sobą. Jeździłam tam już tylko do rodziny.

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Czytaj także

      Komentarze

      Forum tylko dla zalogowanych.

      Załóż konto / Zaloguj się

      Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      Warto zobaczyć

      Wideo

      Gry On Line - Zagraj Reklama